Forum THESAURUS Strona Główna Zaloguj Rejestracja FAQ Użytkownicy Szukaj
 Główna •  Gazeta •  Sklep •  Forum •  Galeria •  Czat •  Kontakt •  Statystyki •  Download
 Ogłoszenie 

Zapraszamy na oficjalną stronę Polskiego Klubu Eksploracji Historycznej PHEC THESAURUS - kliknij na link poniżej.

Klub PHEC THESAURUS

kliknij na link powyżej

ZAPISY DO KLUBU PHEC THESAURUS

kliknij na link powyżej


Poprzedni temat «» Następny temat
 
Wałbrzych
Autor Wiadomość
jerzydom 
PHEC Thesaurus
jeż


Dołączył: 16 Mar 2009
Posty: 6122
Piwa: 123/38
Skąd: Leśna Polana
Wysłany: 2018-10-20, 10:59   Wałbrzych

Joanna Bator to pochodząca z Wałbrzycha pisarka, laureatka nagrody Nike.

PIOTR BAREJKA
To miasto, które jest podwójne. Joanna Bator: Wałbrzych to lustro
Tutaj wszyscy mają coś po Niemcach, bo zamieszkali w ich domach. Pod ziemią wiją się korytarze, których przeznaczenie pozostaje tajemnicą. - To miasto jest podwójne - opowiada Joanna Bator, wybitna pisarka, która oprowadziła nas po rodzinnym Wałbrzychu.
Artykuł jest częścią naszego redakcyjnego cyklu JedziemyWPolskę: Nasi reporterzy ruszają w trasę, by lepiej poznać Was i wasze potrzeby.

Joanna Bator to pochodząca z Wałbrzycha pisarka, laureatka nagrody Nike i autorka wałbrzyskiej trylogii - książek "Piaskowa Góra", "Chmurdalia" i "Ciemno, prawie noc". Z Wirtualną Polską udała się w sentymentalną podróż do swojego rodzinnego miasta.

Piotr Barejka (WP): Nalegała pani, abyśmy najpierw zobaczyli Piaskową Górę, jedną z dzielnic Wałbrzycha.

Joanna Bator: Spędziłam tutaj dwanaście lat życia. Dla mnie Piaskowa Góra to nie tylko nazwa dzielnicy, tytuł powieści, ale też bardzo ważna metafora. Ludzi, którzy zostali tutaj nawiani jak ziarenka piasku. Przyjeżdżali wtedy z Kresów i reszty zniszczonego przez wojnę kraju.

To słowo-klucz: przyjeżdżali.

Wówczas to było miejsce, do którego się przyjeżdżało, a nie z którego uciekało. Kiedy ja dorastałam, to było już miejsce, z którego się wyjeżdżało. Raczej bez chęci powrotu. Kopalnie upadały, zaczął się okres bezrobocia, a jednocześnie upadał komunizm i otwierał się świat.


Jednak, w pani oczach, Piaskowa Góra przyciągnęła raczej tych, których rzeczywistość rozczarowała.

Pokazuję tam całą ewolucję. Zaczynając od wielkiej nadziei, jaką mieli ludzie, którzy tutaj przyjechali. Od ich poczucia szczęścia, bo mieszkanie w bloku z ciepłą wodą i kuchnią było dla nich ogromnym awansem, wręcz luksusem. W końcu było to środowisko bardzo specyficzne, czyli zurbanizowani chłopi.

Piaskowa Góra to jedna z dzielnic Wałbrzycha, a jednocześnie tytuł pierwszej powieści z wałbrzyskiej trylogii Joanny Bator.
Źródło: WP.PL
Ale były kopalnie, był Edward Gierek, była nadzieja. Wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Później jednak ta nadzieja się kruszy. Pojawia się bezsilność, rozczarowanie, niemoc. Ludzie czują, jak bardzo są nikim w tym systemie. Widzą, że tak naprawdę nikt o nich nie dba.

I tak zapamiętała pani Wałbrzych z młodości?

Nie lubiłam tego miasta jako dziecko i młoda dziewczyna. W PRL-u zaznałam trochę stabilizacji, trochę dostatku, a potem całkowitego rozpadu i wrzenia. Widziałam, jak to miasto się rozpada. Jak zamykają kopalnie, czyli to, co budowało tożsamość miasta. Mężczyźni, którzy wcześniej dumnie kroczyli w pochodach, stali wzdłuż tego pasażu, podpierali ścianę i patrzyli w pustkę, bo stracili wszystko.

Pisarka mieszkała w Wałbrzychu do 18. roku życia.

Były samobójstwa. Wytłumacz górnikowi, że jak mu smutno, to powinien iść do lekarza, bo ma depresję. Przecież nie było w ogóle takiego języka, to nie mieściło się w świecie tych ludzi. Dorastałam w takiej atmosferze, jednocześnie czując, że coś się zmienia. Że otwiera się świat. Po prostu chciałam stąd wyjechać.

Mieszkała pani w Londynie, Nowym Jorku, Tokio. Kiedy Wałbrzych powrócił?

Po wyjeździe niewiele myślałam o mieście. Do momentu, aż przeprowadziłam się do Japonii. Miałam wtedy okres kryzysu zawodowego i ta pamięć odżyła. Była pochowana, zawekowana w piwnicy mojego umysłu. Okazało się, że mam skarb pamięci, bardzo dokładnej. Takiej do smaków i zapachów, zmysłowej aury codzienności. Z tego zbudowała się pamięć miasta, z której wysnułam fikcję.

Wałbrzyska aura codzienności… Jaka była?

Czułam bardzo wyraźne pęknięcie tego miasta. Na to, co jest na powierzchni i to, co pod spodem.

Pierwsze sześć lat życia spędziłam w dzielnicy Nowe Miasto. Mieszkałam w poniemieckiej kamienicy, którą dostali moi dziadkowie. Przyjechali stosunkowo późno, więc kamienica była skromna i biedna. Niezbyt ciekawe mieszkanie, ale taka poniemiecka, wałbrzyska klasyka. Były więc i sprzęty, które po Niemcach zostały.

Tę obecność innych, którzy znikli, czułam bardzo wyraźnie. Zawłaszczałam ich sprzęty, czułam z nimi dziwny związek. Kusiły mnie. Jeden z nich ciągle mam, jest nim waza na poncz.

Taka historyczna podwójność, która jest na każdym kroku.

Zawsze jest świadomość, że istnieje jeszcze coś pod spodem. Pod zamkiem są korytarze i podziemia. Wszędzie tutaj, pod naszymi stopami, są korytarze kopalni. Teraz zalane wodą. Oprócz tego tysiące innych, nieodkrytych, korytarzy wydłubanych przez Niemców. Całe to miasto jest podwójne.

Niemcy dłubali korytarze, a w pani książkach Niemca wygrzebuje się ze szpary w podłodze. Pani mówi, że to kusiło, a jak odnosili się do tego inni?

Pierwsze pokolenie, które tutaj przyjechało, było utrzymywane w ramach - nazwijmy to - historii oficjalnej. Słyszeli, że ta ziemia im się należy. Niemcy zostali stąd słusznie wygnani i to jest ich zdobycz wojenna. Od przeszłości zostali odcięci. Musieli uwierzyć, że to jest ich ojczyzna. Próbowali więc w tę ziemie wrosnąć, zawłaszczyć ten obcy pejzaż. Z tymi, którzy byli tutaj wcześniej, trudno im było mieć jakąkolwiek relacje.


Tak wygląda życie w romskim getcie. Bez gazu, wody i przyszłości
Później, drugie pokolenie, to byli ludzie skierowani do przodu. Widzieli przed sobą plany pięcioletnie, dziesięcioletnie, lepszą przyszłość swoich dzieci. Nie oglądali się za siebie.

Dopiero moje pokolenie, czyli trzecie i czwarte na ziemiach odzyskanych, było tym, które zaczęło grzebać w ziemi. Odbudowywać, nawiązywać relacje z niemiecką przeszłością tego regionu.

Z tą przeszłością związana jest też duma miasta, czyli Zamek Książ.

Budził moją naprawdę głęboką fascynację, tak jak sama figura księżnej Daisy. Oczywiście abstrahując od kontekstu historycznego, był tylko zamek, księżna i jej perły. W tej codziennej szarości, niedostatku, to było miejsce jak z innego świata. Miejsce o wstrząsającym pięknie, owiane legendą.

Zamek Książ i otaczający go park to duma mieszkańców Wałbrzycha.
Źródło: WP.PL
Zamek od zawsze był dumą mieszkańców miasta. Myślę też, że mentalnie został przejęty najszybciej. Należał do czasów, z którymi pierwsi wprowadzający się do miasta mieli niewiele wspólnego. Był jakby bajkowy. Jakieś księżniczki, powozy, kapelusze, perły...

Dlatego łatwiej było przyjąć, że jest nasz?

Tak, jako legendę. Coś nie do końca realnego. O wiele łatwiej było przyjąć to niż radykalną niemieckość starówki. Zamek był zawsze nasz. Taki trochę wałbrzyski Disneyland.


Mamy tam cały mroczny urok młodego kapitalizmu. Powstają firmy - Krasnalex, Wujex, Szwagrex... i tak dalej. Jest pęd na zachód. To są lata, kiedy upadek kopalni to miasto przetrącił. To były też lata, które spędziłam pomiędzy Nowym Jorkiem, Londynem, Tokio i Berlinem. Wtedy bywałam tutaj najrzadziej, dlatego Wałbrzycha jest najmniej.


Poza tym to lata, gdy kobiety są bardzo aktywne zawodowo. Mama opowiadała mi historie o tej czy tamtej, która wyjechała do Niemiec i założyła firmę. Zaczynała od sprzątania jednego domu, a teraz zatrudnia dwadzieścia innych. Pracownice zabijają się, żeby jechać tam i u niej pracować.

A pani miała jakikolwiek dylemat związany z wyjazdem z miasta?

To było oczywiste od maleńkości, że wyjadę na studia, a potem będę miała jakąś karierę. Dla moich rodziców kariera oznaczała, że nie wraca się do Wałbrzycha. Nie podległo to żadnej dyskusji ani namysłowi. Całą młodość licealną czekałam, aż zapakuje swój czerwony plecak i wyjadę.

Jeszcze inny Wałbrzych widać w ostatniej (“Ciemno, prawie noc”) książce z trylogii. Tam miasto jest swego rodzaju odbiciem polskiej rzeczywistości. Kotłują się w nim społeczne podziały.

Wszystko, co odczuwałam wtedy jako groteskowe powiększenie sytuacji, dzieje się teraz naprawdę. Wałbrzych jest lustrem, które stawiam tam naprzeciwko mojego kraju i patrzę. Ale to mogłoby zadziać się również gdziekolwiek indziej.

Jednak na ile to właśnie miasto inspiruje, żeby spojrzeć głębiej?

Myślę, że może ono być metaforą każdego innego miejsca, w którym kiedyś była nadzieja, ale została utracona. Może być metaforą takiej polskiej duszy, jej przemian i powojennej ewolucji. Takiej ewolucji, w której poczucie utraty walczy z tym, co jest cechą życia, czyli nadzieją, że jednak może będzie lepiej.

Mieszkańcy Wałbrzycha na starówce.

Polską duszę lepiej stąd widać?

Dolny Śląsk zawsze będzie takim rozedrganym marginesem Polski. Te ziemie są tożsamościowo kruche i wielorakie, bo należą do Polski od tak niedawna. Natomiast z marginesów często o wiele lepiej widać centrum, niż w samym centrum. Z punktu widzenia najdziwniejszej subkultury można zobaczyć to, co się zmienia w centrum kultury.

Ale uważam, że można by wszędzie ją zobaczyć, tylko ja korzystam z tej specyficznej wałbrzyskiej scenografii. Poza tym patrzę jako autorka, więc trochę tę ziemię mitologizuję. Cały Dolny Śląsk jest dla mnie krainą mitu.

Jakie mity w tej ziemi drzemią?

Tego jest całe mnóstwo. To jest kraina, w której życie toczy się dwutorowo. Dla mnie taką historią, która w najlepszy sposób pokazuje, jak działa dolnośląska duchologia, jest złoty pociąg. To jest historia niebywała, która pojawia się cyklicznie, niczym symptom wskazuje na ukryty w nieświadomości problem.

Objawia się wtedy, gdy ktoś zdobędzie już doskonałą mapę. Gdy najnowocześniejszy sprzęt już pociąg namierzył. Jeszcze chwila i ukaże się jego złoty czubeczek. Wokół tego powstaje niesamowita historia. Piszą o tym wszystkie media, zjeżdżają się ludzie, grzebią w ziemi. I nagle pociąg znika.

Wygląda to tak, jakby istniał w podziemiu tego regionu jakiś problem, który daje o sobie znać poprzez ten symptom. Ale nikomu nie udaje się tego złapać do końca, na tyle, żeby zaczął się proces leczenia.

Zastanawiam się, czego to symptom. Historia, która daje o sobie znać?

To zawsze związane jest z przeszłością. Czymś nierozwiązanym, niezrozumianym, niewybaczonym.


Skąd właściwie wynika to upodobanie do Wałbrzycha?

To jest tak, że nie zawsze pisarz wybiera miejsce. Czasem to miejsce samo wybiera i apeluje, aby o nim pisać. Nie poddaję tego analizie. Po prostu wiem, że jest taki kawałek ziemi w Polsce, gdzie dla mnie bije źródło opowieści.

Raz na jakiś czas się przenoszę do Japonii. Ale nie wyobrażam sobie, żebym napisała powieść, której akcja dzieje się tam, gdzie mieszkam teraz, czyli w Podkowie Leśnej.

Mówi pani, że Wałbrzych to scenografia, ale na ile ta scenografia jest również bohaterem?

Takich Wałbrzychów było w Polsce wiele. I nie tylko w Polsce, tylko całym bloku wschodnim. W tłumaczeniach ludzie też odnajdują swoich bohaterów. To było to samo. Może poza pewną dolnośląską, kopalnianą i napływową specyfiką, która już na zawsze będzie moją ulubioną scenografią.

Joanna Bator i Mateusz Mykytyszyn, znawca wałbrzyskiej historii, rzecznik Zamku Książ.

Wałbrzych, czyli korytarze i tajemnice
Tajemnica złotego pociągu, bursztynowej komnaty i żyjącej na zamku księżniczki od lat pobudza wyobraźnię mieszkańców Wałbrzycha. - To jest naturalne - mówi Mateusz Mykytyszyn, znawca wałbrzyskiej historii. - Proszę sobie wyobrazić, że żyje pan w mieście, nad którym góruje zamek. Do tego jest jeszcze podziemne miasto. Wszystkie tunele, kopalnie…

Sam zamek zaczął obrastać w legendy, gdy przejęli go naziści. Rodzinie Hochbergów został odebrany za długi, a wtedy przeszedł w ręce władz niemieckich. Wystawne pomieszczenia miały być reprezentacyjną siedzibą dyplomacji. Apartamenty urządzano dla samego Hitlera i Goeringa, resztę pomieszczeń zajęła organizacja Todt, która zajmowała się budową obiektów wojskowych.

Pod zamkiem zaś drążono korytarze. Ich przeznaczenie do dzisiaj pozostaje zagadką.

- Teorii jest wiele - opowiada Mateusz Mykytyszyn. - Mówi się o rozległym bunkrze, o podziemnej fabryce, w której miała powstawać cudowna broń, czyli Wunderwaffe. Mówi się także o innym nazistowskim wynalazku, tzw. Glocke, to z kolei miał być dzwon do podróżowania w czasie. Są tacy, którzy twierdzą, że funkcjonowało tam podziemne laboratorium.

Jednak najbardziej prawdopodobna wydaje się być wersja, że labirynt podziemnych korytarzy był… finansowym przekrętem, a same tunele nie miały żadnego znaczenia. - Wykorzystywano darmową siłę roboczą, czyli więźniów. Budowano tunele, za które rozliczano tłuste faktury. Państwo niemieckie chyliło się ku upadkowi i trzeba było wyszarpać tyle pieniędzy, ile się da - mówi Mykytyszyn.

Bo to również ważny fakt z historii podziemnych korytarzy: drążyli je więzniowie filii obozu Gross-Rosen. Ponad 400 z nich zginęło podczas tej morderczej pracy.

Gdzie spoczywa księżna? Tego nie wie nikt
To postać, która zna tutaj każdy. Piękna księżniczka, hojna kobieta, która wyprzedzała swoją epokę. Dbała o ekologię, przejmowała się prawami kobiet, gdy nikogo to nie obchodziło. Na zamku odwiedzali ją wielcy ówczesnego świata.

- Od zawsze księżna Daisy była postacią, o której każdy coś słyszał - przyznaje Mateusz Mykytyszyn. - Tajemnicą jest to, gdzie ją pochowano.

Wiadomo tyle, że spoczywała w mauzoleom Hochbergów. Do czasu, gdy do miasta weszli Rosjanie. Wtedy mauzoleum splądrowano, a sarkofagi otworzono. Również ten, w którym spoczywało ciało księżnej. Okradziono ją ze sznura pereł i obrączki ślubnej.

- Legenda narodziła się trochę później. Szczątki Daisy zostały przeniesione w bezpieczne miejsce. Wierna służna złożyła je na cmentarzu ewangelickim w miejscowości Szczawienko, dzisiaj jest to dzielnica Wałbrzycha. - opowiada Mykytyszyn.

Jednak cmentarz zlikwidowano, gdy rozpoczęła się budowa trasy szybkiego ruchu. Gdzie przeniesiono księżną? Tego już nie wiadomo Ślad po szczątkach tam się urywa.

- Średnio co pół roku pojawia się w zamku jej potomek, albo pretendent do tego miana - śmieje się Mykytyszyn. - Mamy jednak rzeczywiste relacje z wnukiem Daisy, prawdziwym potomkiem. Podszywających się uzurpatorów jest mnóstwo. Jeden prosił mnie, żebym wyrwał księciu włos, gdy będę z nim na kolacji. Miał posłużyć do badań DNA.

To największa wałbrzyska tajemnica
Jednak jedną z najważniejszych wałbrzyskich tajemnic nie są ukryte skarby ani baśniowa księżniczka. Tajemnica ta jest o wiele bardziej przyziemna, a związana z tym, skąd przywiało ludzi na ziemie odzyskane.

- Mieszkają tu potomkowie Warszawiaków, Poznaniaków, ludzi z całych Kresów, ale też repatriantów z Francji. Oprócz tego byli nieliczni Niemcy, greccy komuniści, którzy osiedlili się tutaj po wojnie domowej w Grecji - wylicza Mateusz Mykytyszyn.

Kulturowy tygiel jest tu od zawsze, a to wpływa na sposób, w jaki myślą żyjący w nim ludzie. - Odmienne kultury wspaniale się tutaj przenikają. To jest właśnie wałbrzyska tajemnica, czyli jak można bezkonfliktowo ze sobą żyć - kwituje.

https://wiadomosci.wp.pl/to-miasto-ktore-jest-podwojne-joanna-bator-walbrzych-to-lustro-6307262442854529a
_________________
Jerzy

Największą tajemnicą jest to co przyniesie nam jutro.
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
Odpowiedz do tematu
 
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

  
Skocz do:  


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Wersja forum PDA/GSM

Template BreatheFX modified by Falcone
Design by: Infected-FX