To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Forum THESAURUS
wykrywacze metali , poszukiwania skarbów, eksploracja, kolekcje

Poszukiwania w Polsce - Twierdzą, że znaleźli zaginiony pociąg ze złotem.

Van Worden - 2016-08-30, 00:21

Zdaje się, że brakuje tego tekstu w kolekcji a szkoda by było bo jest mocny :)

Cytat:

Za zwykłą rozmowę jakiś tysiączek, dwa. Za całość z pół miliona. Pani zapłaci, a oni fachowo zagrają odkrywców.

Kto by pomyślał, że okres lęgowy wróbli może się tak strategicznie wpasować. Do połowy sierpnia trzeba być ostrożnym, potem koparkami można rozkopać wszystko. A to równo rocznica, odkąd fascynatom historycznych zawiłości i tajemnic zapłonęły oczy. Oto pod ziemią, na 65. kilometrze trasy kolejowej między Wrocławiem a Wałbrzychem, ma stać pociąg pełen złota.

Odkrywcy na operację wydobycia wydali ponad 140 tys. zł, rozstawili wysokie rusztowania, a za nimi 50 pracowników z koparkami.

Kopać, panowie, zakrzykną razem Andreas Richter i Piotr Koper. Pierwszy robił przed laty karierę sekretarza wałbrzyskiej parafii ewangelickiej, zarządzał poniemieckimi dokumentami. Ale chciał robić biznesy. Z kościelnych ksiąg znał rodzinne zawiłości. Zajął się więc tworzeniem drzew genealogicznych. Na zlecenie sądów pomagał szukać spadkobierców zmarłych. Jak zarobił, zainwestował w georadar, wiedząc, ile skarbów może siedzieć pod ziemią.

Piotr Koper też interesował się historią, ale bardziej pieniędzmi: z wykształcenia technolog drewna, z wyboru budowlaniec i właściciel myjni samochodowej. Wtedy w Wałbrzychu wszyscy byli z węgla. Kiedy z dnia na dzień 15 tys. osób traci pracę, jedna piąta mieszkańców miasta, to jest to problem. Wynieśli się z kopalni i weszli w biedaszyby. Węgiel sypki, kiepski, ale cenny, jedzie w Polskę, a dziury na kilkadziesiąt metrów, podkopane drogi, walące się drzewa, zapadliska przy blokach zostają w Wałbrzychu razem z poległymi w walce o urobek nielegalnymi górnikami, do których nikt nie wezwie pogotowia, żeby nie dać się złapać policji. Koper i Richter swoje firmy założyli wtedy, kiedy padała ostatnia kopalnia. Ale żeby się spotkać, musieli poczekać kilkanaście lat. Obaj chcieli skarbów - Koper miał koparki, Richter nawigację, połączyli siły. Obaj bogaci, ale bez przesady.

Mieszkańcy pukają się w czoło: wariaci. Tyle kasy dawać w błoto na wykopki? Naukowcy z Akademii Górniczo-Hutniczej, stawiając na szali zawodowe kariery, nie owijali w bawełnę, gdy przeprowadzili badania magnetometrem: pociągu nie ma, ba, szyn nawet. Nie znaleźli żadnych anomalii, które świadczyłyby o tym, że pod ziemią jest obiekt ze stali. - Panie profesorze, ale jak to? - odkrywcom opadają przy publikacji wyników kąciki ust. - Że zacytuję klasyka, panowie: błądzić jest rzeczą ludzką, tkwić w błędzie: głupotą - macha ręką prof. Janusz Madej z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Odkrywcy odchrząkną: wiara czyni cuda. Kopać, panowie!

Bardziej przedsiębiorczy mieszkańcy wyjaśnią: nie wariaci, to biznesmeni, którzy, wiedząc, że pociągu nie ma, inwestują w jego wydobycie. Inwestują! Bo złoto jest gdzie indziej.

"Złoty pociąg". Zdjęcia, mapy i pełna historia odkrycia



Złoto Breslau i Wunderwaffe

Odkrywcy mówią, że wierzą. Wierzą, że któregoś z mroźnych grudniowych dni 1944 Niemcy zarządzili: najcenniejsze skarby Breslau, złoto i depozyty, spakować w 12 wagonów, a następnie, razem ze wszystkim, co wiadomo o Wunderwaffe, prototypach broni, zebrać, ułożyć w pociągu i wywieźć, żeby doczekało lepszych czasów. Łącznie 56 skrzyń z wiekami uszczelnionymi gumą, co odnotowano z niemiecką skrupulatnością. Nikt z nich nie wierzył, że przegrają wojnę, chcieli przeczekać przejście Ruskich, a potem wyciągnąć zakopaną broń i uderzyć z zaskoczenia. Pociąg miał wyjechać z Wrocławia i zaginąć po drodze do Wałbrzycha. A potem przyszło SS i powiesiło całą niemiecką rodzinę, która miała dom przy Uczniowskiej w Wałbrzychu, a okna z ich kuchni wychodziły na tory i 65. kilometr linii kolejowej. Co mogli zobaczyć przez szybę, grzejąc w czajniku wodę tuż przed zakończeniem wojny?

Złoty pociąg. Wkrótce zaczną kopać, ale dziennikarzy nie wpuszczą



Złote piwko, złota myjnia

- Zbudowany na urwistym wzgórzu, był nazywany Perłą Śląska. Spod panowania książąt jaworskich przeszedł w ręce czeskie, polskie, potem pruskie - turyści z Pomorza zaczynają się nudzić, kręcąc się po korytarzach zamku Książ. Dzieci zaczynają się dąsać. - W 1941 roku budynek został skonfiskowany przez hitlerowców. Pod zamkiem i dziedzińcem wykuli potężne tunele. Dokąd prowadzące? Po co? - przewodnik zawiesza głos. Każdy słucha i już się ekscytuje.

Turystów tu na potęgę. Na zamku drugie tyle co przed rokiem, zespół 12 przewodników rozrósł się do ponad 40, bo przyjezdni blokowali serwery z rezerwacjami wycieczek. W kasie zamku ze sprzedanych biletów wylądowało ponad 300 tys. zł. A ludzi po knajpkach, popijających chłodne piwko Złoty Pociąg - cena 39 zł za trójpak - jest jeszcze więcej. Obwieszeni koszulkami ze złotem - za 60 zł każda, z wydawanymi naprędce książkami o pociągu pod pachami, odpalają sobie papieroski sztabkami złota - cena zapalniczki 5 zł za sztukę. Podjeżdżają pod tajemniczy 65. kilometr, parkują na płatnym Parkingu przy Złotym Pociągu, a jak się auto wybrudzi od kurzu z koparek, to umyją za rogiem w Myjni nad Złotym Pociągiem. Saperka tu to jak ciupaga w Zakopanem, zwłaszcza że sieciówki zachęcają plakatami: "A może na weekend wybierasz się do Wałbrzycha? Jesteśmy przygotowani na wszystko: oto saperka samokopiąca, z wbudowaną matą grzewczą, silnikiem udarowym i wykrywaczem złota". Niektórzy przejadą się Złotym Pociągiem, który kursuje po okolicy, inni popływają łódeczkami w sztolniach Walim - 22 zł za bilet dla dorosłego - a koneserzy posłuchają przeboju disco Edyty Nawrockiej z Wałbrzycha, która na co dzień śpiewa o miłości, ale teraz spontanicznie zarymowała do rytmu o kolejnictwie: "Jedzie pociąg z daleka, złotem cały ocieka, bronią i diamentami, wykryty georadarami".

Pokoju w Wałbrzychu człowiek już tak łatwo nie wynajmie, złote atrakcje trzeba planować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Piarowcy doradzają prezydentowi miasta: zmieńcie nazwę na WAubrzych, Au to symbol złota.

"Złoty pociąg". Na razie bez powodzenia. Mamy pierwsze zdjęcia z wykopu [ZDJĘCIA]



Złote prawo autorskie

Jarosław Chmielewski był senatorem, startował z list PiS. Dziś rządzi stawkami i żongluje cennikami. Koper i Richter swojego prawnika polecają jak menedżera. On ich - jak gwiazdy. Tłumaczy: im na pieniądzach nie zależy, ale niech dziennikarze wybaczą, panowie tyle wiedzy zgromadzili przez lata, że nie wypada brać jej za darmo. Tylko za półdarmo: tysiączek, dwa za rozmowę. Jeśli ktoś będzie chciał jakieś zdjęcie, dajmy na to, pracującej koparki, to zrobimy, za odpowiednią opłatą, że odkrywcy stoją, kopią. Cenę jeszcze ustalamy. Na pewno, jeśli pociąg znajdziemy, będzie wysoka. Myślę, że i pół miliona złotych, porozmawiamy wtedy o ewentualnej wyłączności. To będą duże widełki, zdaję sobie sprawę, ale proszę uszanować prawo autorskie do wizerunku odkrywców, oni chcą go chronić. Skonstruujemy sobie taką umowę o dzieło, potraktujemy ich jako aktorów, pani zapłaci, będziecie zadowoleni.

A kto liczy, że samodzielnie podglądnie, co się dzieje na placu budowy tuż przy urzędzie skarbowym, ten się zdziwi. Najpierw odkrywców i ich koparki otoczy wysokie, szczelne rusztowanie, zza którego będzie widać ramię sprzętu i czubki kasków. Potem zapowiedzą: nie doprowadźcie nas do szału żadnym dronem nad głową, bo zobaczymy pierwszego i od góry przykryjemy się siatką.

Potem, zaraz po zakończeniu okresu lęgowego wróbli, zrobią konferencje prasowe, żeby pokazać, co widzą w ziemi. I przy okazji zorganizują festyn: dzieciakom pracownicy fast foodu z kurczakami dadzą baloniki, pszczelarz rozłoży stanowisko do zarabiania pieniędzy i na patyczkach do mieszania kawy będzie wtykać do smakowania potencjalnym klientom a to spadziowy, a to lipowy, a to miód wielokwiatowy. Kucharki w urzędzie skarbowym też będą zacierać ręce: na ich jajeczniczkę na bekonie i pierożki z serem znów skuszą się nie tylko urzędnicy, ale i japońscy, amerykańscy, brytyjscy dziennikarze. Właściciele agroturystyk w krzakach rozdadzą gapiom wizytówki, a ludyczny Koper podzieli się pomidorami z własnego ogródka i będzie tylko narzekał, że mu do kiełbasy musztardy zabrakło.

Złoty pociąg. Gorączka wróciła z koparkami



Złote kolano, złota blizna

Na Wałbrzych w czasie wojny spadła jedna bomba, ale nikt nie zginął. Spadła daleko od domów. Ofiary wojny są tu policzone dokładnie - 360 Niemców popełniło samobójstwo w nocy z 8 na 9 maja 1945 roku, w tym samym czasie, kiedy w Berlinie zostało powtórzone podpisanie aktu kapitulacji III Rzeszy. Powiesili się albo odkręcili gaz. Miasto przetrwało w zasadzie nienaruszone. W jednym miejscu Niemcy jednak podłożyli materiały wybuchowe, co zauważyli potem polscy urzędnicy. Sporządzając wykaz bocznic kolejowych, zanotowali - ta zlokalizowana na 64,938 kilometrze trasy między Wrocławiem a Wałbrzychem została wyminowana.

A teraz niemieckie kolano. Zginało się wielokrotnie, kiedy jego właściciel przeciskał się wąskimi korytarzami wałbrzyskich kopalń. 1 stycznia 1955 roku trafił tam też Tadeusz Słowikowski. Z wykształcenia rzeźnik, z przekonania wróg Niemców (matkę zabili mu w Oświęcimiu) i ich wielki przyjaciel (jak zabili mu matkę i został z rodzeństwem sam, to ukrywali go u siebie w gospodzie Niemcy).

I kiedy inny Polak w kopalni popił, splunął Niemcowi w twarz, zwyzywał od deutsche Schweine i kopnął Niemca w jego niemieckie kolano, Słowikowski stanął w obronie kopniętego. Kto by wtedy pomyślał, że Polak się za Niemcem wstawi. Niemiec wziął więc Polaka na wódkę, żeby wynagrodzić. A przy wódce opowiedział historię, o której od dziesięciu lat milczał jak grób, bojąc się, że i jego rodzinę ktoś powiesi, nawet jeśli okna z jego kuchni wychodzą na zupełnie inną stronę.

Tadeusz Słowikowski usłyszał, że grupa Niemców miała zakopać pociąg z cenną zawartością w miejscu, które widać z okna kuchni w domu przy ulicy Uczniowskiej. Pomyślał wtedy, że jak się człowiek skaleczy, to blizna zostanie, i że on chce znaleźć bliznę po pociągu w lesie. Potem Słowikowski będzie mówił, że jak nieboszczyka zakopać, to trumna siada w ziemi, dlatego szukać trzeba niżej, niż się wydaje, ale to będzie 60 lat później, czyli kiedy rzeczywiście grawitacja - jeśli wierzyć tym, co wierzą - miała szansę ściągnąć pociąg głębiej.

"Złoty pociąg". Termozagadka wyjaśniona. Wiadomo, skąd pochodziło ciepło na 65. kilometrze



Whisky Golden Train

Kiedy Piotr Żuchowski, generalny konserwator zabytków, podskakiwał z rozpalonymi policzkami na konferencji prasowej tydzień po wybuchu gorączki złota, w sierpniu, mówiąc, że pociąg istnieje na sto procent, Dariusz Domagała na chłodno kupował kolejne domeny w internecie. W kilkadziesiąt godzin postawił pierwszy serwis internetowy, w którym zbierał wszystkie wyobrażenia o pociągu, doskonale wpasowując się w złote gusta poszukiwaczy. Kopra i Richtera nie znał, ale legendę, którą odświeżyli, usłyszał jeszcze jako dziecko. Dorósł, został menedżerem zespołów, założył radio, telewizję, firmę handlującą powierzchnią na billboardach, hotel, restaurację, a teraz znów bawi się w historię. Ale już poważnie inwestując w zabawki. Dziś, po roku, patrzy na słupki: odkąd Koper i Richter zainstalowali koparki na 65. kilometrze, ruch na jego stronie wzrósł dziesięciokrotnie. Domagała: - Cieszę się, ale nie chcę się denerwować, więc nie policzę, ile wydałem na to kasy.

Turyści piją obrandowane przez Domagałę piwo Złoty Pociąg, a jego restauracja, dzięki nowej etykiecie, tylko w ostatnim miesiącu sprzedała więcej butelek niż przez ubiegły rok, gdy piwo nazywało się Lwówek Śląski. Dla wybrednych jest też wino Złoty Pociąg, a zaraz ma być rozlewana - po angielsku, już jako Golden Train - i wódka, i whisky dla koneserów. Do kupienia w całej Polsce. Domagała: - No tak, interesuje mnie sprzedanie milionów butelek. Bardzo mnie to pociąga, ta historia, bardzo łatwo mi się więc wydaje na inwestycje. Żona się tylko uśmiecha.

Złoty Pociąg. Nowe piwo browaru Lwówek



Złote rysunki, martwy pies

15 lat po wódce z Niemcem Słowikowski chodził po mieście niespokojny. Patrzył przez okno przy Uczniowskiej, myślał o powieszonej rodzinie. Rozrysował na kartkach teren, zaznaczył, gdzie brakuje drzew, gdzie ziemia dziwnie się zapada albo podnosi, gdzie nienaturalnie dużo kamieni leży pod piachem. Kreślił kółka, zmazywał, jeszcze raz szedł na Uczniowską, obserwował. W końcu dostał zgodę na wykopanie dziury przy torach. Ledwo wbił łopatę, przyszli sokiści i odebrali papier.

Potem ktoś włamał mu się do mieszkania, chciał ukraść rysunki. Nie wyszło, to otruł Słowikowskiemu psa. Żona zapytała: czyś ty powariował, całą rodzinę chcesz, żeby wytruli? Potem będzie pytała: czyś ty powariował, ci dziennikarze się zjeżdżają, człowiek nie ma jak w spokoju pralki włączyć, żeby buczenie nie przeszkadzało. Ale tak będzie pytała dopiero za 30 lat.

Złote fusy, złote podatki

A teraz powróżmy z fusów, mówi prof. Marian Noga, ekonomista, były członek Rady Polityki Pieniężnej. Że wydany pieniądz robi pieniądz - to wiadomo. Mamy taki mnożnik, wynosi on 25. Jeśli odkrywcy mówią, że wydali 140 tys. zł, to znaczy, że na rynku wałbrzyskim dostaniemy z tego 3,5 mln złotego interesu.

Konsumenci, dajmy na to, że jest ich 150 tys., patrząc tylko na wyniki zamku Książ, wydadzą tu średnio po 20 zł na bilety (otrzymamy kolejne 3 mln), 40 na obiad w barze (6 mln), 30 na transport (4,5 mln).

Szybka suma - i mamy 17 nowych milionów złotych na rynku wałbrzyskim. I trzeba oto zapłacić od tego podatki - z CIT i PIT w kasie miasta ląduje więc 800 tys. zł. Efekty mnożnikowe będą takie, że w następnym roku miasto z tego będzie mieć 8 mln. Po kolejne: jeśli moje obliczenia potraktujemy jako efekt pieniężny pierwszego roku (18 mln razem z podatkiem), to w drugim roku przemnożymy to razy 55, a to nam da 450 mln zł. Odważnie? Jako że procesy mnożnikowe nigdy nie dochodzą do końca, złagodźmy trochę i oszacujmy, że mamy tu po 80 mln złotego interesu rocznie.

Złoty komiks, złote g...

Introligatorzy też by chcieli zarobić na pociągu. Zbigniew Jagielnicki z Wałbrzycha wziął czarny karton, na złoto wydrukował na nim komiks i rozdaje. Scena pierwsza: postaci z łopatami. Scena druga: jeden chce siku. Scena trzecia: z latryny wykrzykuje: znalazłem! Scena czwarta: otwiera drzwiczki z serduszkiem, pokazuje rozkład jazdy pociągów z 1944 roku, mówi, że reszta składu też musi być w środku. Scena piąta: postać z latryny mówi do mikrofonów, że już kopać nie będą, bo nie będą przecież się grzebać w gównie.

A potem już tylko strona internetowa Zbigniewa i cennik usług introligatorskich.

Złota gra pozorów

Kiedy padała kopalnia w Wałbrzychu, złoty pociąg - jeśli wierzyć tym, co wierzą - pod ziemią ulegał grawitacji od ponad 50 lat.

Roman Szełemej jeszcze nie myślał, że w przyszłości z dyrektora szpitala stanie się najpierw Żelaznym Romanem (tak mówią jego pracownicy) i prezydentem Wałbrzycha, a potem zwykłym maszynistą (w ministerstwach, cokolwiek by załatwiał, wszyscy się szczerzą: panie, a co z tym pociągiem?)

Krzysztof Szpakowski był po pierwszym rozwodzie, ale jeszcze przed zostaniem organizatorem wyborów Miss World i przed użyciem różdżek do wyszukiwania podziemnych sztolni i poniemieckich skarbów. Zanim jednak będzie zarządzał skarbami, Szpakowski będzie zarządzał kompleksem Włodarz, podziemiami Riese, po których turystom pozwoli pływać łódeczką.

Marek Słowikowski, syn Tadeusza, miał już papiery na bycie pielęgniarzem w Niemczech, ale regularnie przyjeżdżał do Polski.

Dariusz Domagała pracował w mediach, ale nie znał jeszcze Edyty Nawrockiej, która za kilka lat będzie czytać w jego serwisach wiadomości, a potem wyśpiewa przebój disco.

Łukasz Kazek robił papiery na przewodnika i zaczytywał się w książkach o historii Dolnego Śląska. W przyszłości, o czym oczywiście nie wiedział, miał wiedzę wykorzystać szerzej: sam pisać książki, eksplorować i prowadzić program telewizyjny "Na tropie Złotego Pociągu".

Złoty wywiad, złota kamera

Menedżer aktorów nie chce zdradzić żadnych szczegółów, to tajemnica handlowa. Ale ci, którzy negocjowali, puszczają w obieg informacje: jedna z polskich telewizji zapłaciła za wywiad z Koprem i Richterem, którzy stawki negocjowali 17 dni, kilkanaście tysięcy złotych. Mało! Amerykanie za towarzyszenie w spacerach po ziemi nad złotym pociągiem mieli dać 100 tys. Dalej mało! Wideo zza rusztowania nagrywa ktoś z rodziny odkrywców. Za 500 euro można kupić ujęcia na plecy robotników, nogi sapera, rozjazdy i dojazdy na ziemię, pokazujące wszystko i nic, w stylu weselno-festynowym. Dziennikarze mówią, że ten, kto trzymał kamerę, trzymał ją pierwszy raz w życiu. Nic nie widać.

Chmielewski: - Zgłosiliśmy do urzędu patentowego logo i nazwę "Złoty Pociąg". Chcemy je zastrzec, mieć pełnię praw do wszystkiego, co produkowane jest pod tą nazwą, bo pod sukces Kopra i Richtera próbują się podpiąć biznesmeni i robić pieniądze na wiedzy i inwestycji odkrywców. Czekamy już na publikację zgłoszenia i będzie basta.

Ale Dariusz Domagała się nie boi. Myśli dalej. Zwłaszcza że turysta to nie pijak, żeby tak tylko przy piwku siedzieć! Tu turysta to odkrywca.

Domagała: - Daję im więc Paszporty Poszukiwaczy Skarbów. Cena: 1150 złotych dla dwóch dorosłych. W środku wizy do Podziemnego Miasta, Starej Kopalni. Zakwaterowanie i wyżywienie na zamku. A jeśli poszukiwacze dotrą na 65. kilometr i zrobią na miejscu zdjęcie, odkrywają, że w hotelu czeka ich nagroda: piwo, wino i gadżety dla dzieciaków.

Dariusz Domagała za kilkaset złotych od osoby daje też pakiet krwi, potu i łez bez noclegu. Usadzi na drezynie, wojskowych pojazdach z czasów wojny, każe wejść do podziemi, znaleźć skrytki z niemieckimi dokumentami, rozwiązać tajne szyfry, pokonywać w lesie przeszkody, a na koniec da grochówki. Na wrzesień zebrała się dwustuosobowa drużyna poszukiwaczy.

Złota ustawa

Słowikowski zakopał w ogródku otrutego psa, a potem zapakował rysunki. Pokazał kolegom palcem na mapie, wśród patrzących był i Koper, gdzie jego zdaniem jest złoty pociąg. Kto by wtedy pomyślał, że za kilkanaście lat właśnie kolega budowlaniec na umowach o dzieło będzie widnieć jako aktor spektaklu o złotym pociągu?

Ale Koper najpierw usłyszy o tym, że jakiś szaleniec od ksiąg ewangelickich kupuje georadar. Zapozna się. A potem nastroi z Richterem aparat za kilkadziesiąt tysięcy złotych. Zrobi zdjęcie, a potem aż siądzie. Na kartce lokomotywa z dwoma świecącymi się oczami, z czupryną zrobioną z ponakładanych na pociąg platform, z jednym niesfornym działem.

- Jak kiedyś znajdziesz, człowieku, pociąg, taki, co go cały świat szuka, to co zrobisz? Trzeba to zgłosić. Komu? Pozbierać dokumenty i co w nich wpisać? Człowieku, co byś zrobił, jakbyś znalazł coś, co żyje tylko w legendach? - Koper się zastanawiał (wtedy jeszcze zastanawiał się głośno i za darmo). Rok myśleli z Richterem. Dokładnie tyle, ile trzeba było czekać, aż zmieni się ustawa o rzeczach znalezionych - czyli do ubiegłego czerwca - dzięki której za wyciągnięcie takiego znaleziska ("działa samobieżne i przedmioty wartościowe, cenne materiały przemysłowe oraz kruszce szlachetne", jak zapisali w zgłoszeniu) skarb państwa zapłaci im grube pieniądze.

Chronologia złotego roku

18 sierpnia 2015 r. wałbrzyska telewizja Dami TV opublikowała skromny tekst, zilustrowany zdjęciem lokomotywy, zatytułowany "Sensacyjne odkrycie". A w środku zdawkowa informacja: Polak i Niemiec znaleźli złoty pociąg.

Tadeusz Słowikowski przeczytał skromny artykuł i znów, jak 15 lat po wódce z właścicielem niemieckiego kolana, zaczął chodzić po mieście jakiś niespokojny.

Internetowej redakcji zaczęły się grzać serwery. Najpierw klikali mieszkańcy Wałbrzycha. Potem ci z Wrocławia. Zaraz rozdzwoniły się telefony z Warszawy, a później do małej redakcji w mieście biedaszybów, gdzie w ekscytacji mieszkańcy nasprejowali na murze: "chuj tam wieża Eiffla, mamy złoty pociąg", dobijał się już cały świat. Ktoś zdradził: informacje o jego istnieniu przekazał ktoś na łożu śmierci.

Tadeusz Słowikowski uszczypnie się w policzek. Przecież nie umarłem.

Złota gra pozorów 2

W mieście, w którym strata pracy przez 15 tys. osób to strata pracy przez jedną piątą mieszkańców, wszyscy się znają, choćby ze słyszenia. Kiedy więc urzędnik przeczytał o złotym pociągu w oficjalnych dokumentach, które wpłynęły do jego wydziału, natychmiast opowiedział o sprawie kumplowi. Natychmiast skany tajnych zgłoszeń dotarły do lokalnych dziennikarzy, a oni natychmiast je opublikowali, omijając nazwiska odkrywców, bo wszyscy też wiedzieli, że Słowikowskiemu kiedyś przez ten pociąg otruli psa.

Nie minął tydzień od publikacji skromnego artykułu, kiedy do kolejki po znalezisko stanęły kolejno: skarb państwa, Światowy Kongres Żydów, rosyjscy prawnicy rządowi, Fundacja Czartoryskich i saperkowicze amatorzy, którzy mimo groźby mandatu za wejście do lasu nadal czesali krzaki. Gdzie odkrywcy? Anonimowi dla świata przez równo 17 dni negocjowali stawki za pierwsze wywiady. Lokalni przewodnicy, historycy, eksploratorzy nabierali wody w usta. Kazek nic nie zdradził, Szpakowski nawet się nie zająknął, kiedy najpierw dziennikarze, a potem tabun turystów przetaczał się przez jego sztolnie i łódeczki, z rozpalonymi policzkami słuchał o niemieckich tajemnicach. Nawet już nie policzy, ile zapłaciłby za taką reklamę w mediach. A dostał za darmo! Podziękuje na własnym weselu pod koniec września, na którym oczywiście Niemiec będzie się bawił do rana. Jak to na weselu dobrego kumpla.

Tylko Słowikowski naprawdę nic nie wie. Jego syn, akurat przyjechał z Niemiec, słucha zza ściany. O czym ojciec tak gada cały czas przez telefon? W końcu sam bierze słuchawkę. - Dziennikarzom, którzy chcą porozmawiać z ojcem, radzę przygotować 3 tys. zł - mówi. Telefon ojca milknie. Słowikowskiemu trochę smutno, że nikt go do Nowego Roku już nie zapyta o złoty pociąg. Potem dowie się, że nikt po prostu nie ma w pogotowiu takiej kwoty, i pokłóci się z synem za to, że młody też chciał ukręcić lody na złotym pociągu.

Gorączka złota roku ubiegłego

Pod koniec sierpnia upał straszny, w krzakach na 65. kilometrze tłok, ciekawscy z głodu wyżarli wszystkie mirabelki z sadu, ale nikt nie odpuszcza, wszyscy chcą popatrzeć. Pan Krzysztof założył koszulkę z saperką, chciałby porozmawiać z telewizjami o tym, co wie, ale nie może: żona by go zabiła, jakby się z ekranu dowiedziała, że on nie w pracy, tylko w krzakach siedzi, a on się nie mógł powstrzymać i wziął na żądanie. Pan Jerzy przyjechał z centrum, bo się zna. Teraz pokazuje, gdzie według niego siedzi lufa. Cały teren rozkopany, możliwe, że tam Polak i Niemiec grzebali, chociaż teraz już nic nie wiadomo, bo eksploratorzy hobbyści rozdeptali wszystkie ślady w kilka godzin. Pan Mirosław też rozdeptuje, mimo że bardziej od historii w liceum wolał fizykę. Ale wziął pod pachę plastikową sztabkę złota, pozuje fotoreporterom. I macha policjantom, bo się przyglądają. Co oni, zamiast przy krawężnikach, to na polach teraz pilnują?

Poza policjantami przy torach dyżury pełnią strażnicy leśni, miejscy i ochrony kolei. Czasem po 12 osób na dyżurze. Jest trochę nawet jak na koloniach. A że żony policjantów są mistrzyniami w robieniu szarlotek, wszyscy siadają na sjestę nad pociągiem. Zaraz ma dojechać też wojsko, nie wolno więc zjeść wszystkiego.

Przyjeżdża też Christel Focken, niemiecka poszukiwaczka. Pokazuje, że - posługując się mapą znalezioną w internecie - znalazła tu śrubę. Pan Jerzy i Mirosław trochę się krzywią, że chodzili po krzakach i przeoczyli. A śruba to z pewnością dowód. Za pokazanie śruby Focken prosi fotografów o kilka tysięcy euro. Za rok, ze swoim nosem do interesów, zostanie niemieckim rzecznikiem prasowym Kopra i Richtera.

Złota Bursztynowa Komnata

Skoro państwo gwarantuje znaleźne w wysokości jednej dziesiątej wartości rzeczy znalezionej, to trzeba szukać.

Na internetowych aukcjach berety afrykańskich żołnierzy sprzed kilkudziesięciu lat są warte kilka tysięcy euro. To ile kolekcjoner da za czołg? Za pociąg? We wrześniu ktoś skonstruował prowizoryczną drabinkę z linek i spuścili się na niej z kolegami do grobowca w Świebodzicach, tuż koło Wałbrzycha. Myśleli, że w środku znajdą kosztowności, z których wezmą sobie jedną dziesiątą. Jeden spadł na głowę pięć metrów w dół. Pogotowie stwierdziło zgon.

Do urzędów wpływają oficjalne pisma: we wrześniu Krzysztof Szpakowski, zarządca kompleksu Riese, magicznymi różdżkami odnalazł wielopoziomowy kompleks kolejowy. Burmistrz Mieroszowa zgłasza, że coś, może Bursztynowa Komnata, jest tuż obok, pod górą Dzikowiec. Niemka od śruby, że w Wałbrzychu znalazła kolejne tunele lub pomieszczenia o nieznanym układzie. Ktoś informuje o podziemiach we wzgórzu, na którym zbudowana jest świątynia w Jędrzychowie. Coś jest też pod Bolkowem - anonimowy znalazca mówi, że dzieła sztuki, tajna broń i chemikalia. Przy stacji Wałbrzych Główny nagle w październiku znajduje się tender, 100-letni wagon do wożenia węgla. W Srebrnej Górze - XVII-wieczna kopalnia srebra. W Kamiennej Górze mieszkańcy dopatrzyli się podziemnej hali produkcyjnej, a w niej ciężarówek z nieznanym ładunkiem. I jeszcze pojawia się 300-metrowa sztolnia wydrążona w skale pod Wałbrzychem, a tuż obok jaskinia z depozytami z czasów wojny. Ktoś dobił się w grudniu do tajemniczych pancernych drzwi w kompleksie Jugowice Górne, a w okolicach Boguszowa-Gorc ktoś inny odkrył dodatkowe sztolnie. To nie wszystko! Policjanci z Wałbrzycha trochę się denerwują: nagle mają kilkaset zgłoszeń o nielegalnych pracach ziemnych saperkowiczów amatorów z zamiłowaniem do szukania złota po okolicy. Odkryć, zgłoszonych oficjalnie do gmin wokół Wałbrzycha, w rok napęczniało w kopertach urzędników do kilkudziesięciu.

Już nie tylko "Złoty pociąg". Jest kolejny tunel pełen skarbów?



Złota jajecznica

Kucharki z urzędu skarbowego chciałyby, żeby panowie kopali i kopali, bo aż do emerytury mogłyby słuchać tylu komplementów w tylu językach na temat pierogów i jajeczniczki. Urzędnicy, którzy nagle muszą po jajeczniczkę stać w długiej kolejce, mają dość jedzenia w pośpiechu, żeby zmieścić się w przerwie. - Ja tobym sam wykopał ten pociąg. W kosmos.

Wtorek. Kolejne dowody na istnienie złotego pociągu padają: zamiast sklepienia tunelu zwykły ił, wykopywana porcelana to fragmenty drenażu, a sam nasyp to piach i skały. Mimo to odkrywcy chcą szukać dalej. Biorą się za olbrzymie wiertnice. - Bo pociąg jest, tylko niżej, trochę się nam schował - mówi Koper, chociaż nie ma już żadnego dowodu. Mówi za darmo, jakiś zrezygnowany, w ochlapanej obiadem koszulce, z nosa mu kapie.

Powiesiłby białą flagę i poszedł do domu, na kanapę, bo trochę już wstyd, przyznaje obsługa koparek.

Koper odwierty odkłada: a to pogoda za brzydka, a to błoto po deszczu.

- Panie Koper, przecież pan nabiera cały świat - mówię do odkrywcy.

- Ludzie, jak się tak czujecie, to ja już nie mam na to wpływu, serio. Ale popatrzcie, stoją turyści, patrzą, czekają na pociąg, czy czują się nabrani? Oni tu chłoną historię!

Roman Szełemej, prezydent Wałbrzycha nazywany teraz złośliwie maszynistą, bierze wszystko na chłodno: - Ja tylko mogę wysunąć tu refleksje nad stanem emocji, wiedzy historycznej, oczekiwaniem nowości, niebywałym poziomem pasji i braku racjonalności. Tacy są nasi odkrywcy. A jaki jest świat wokół nich? To świat obrazkowy, pełen memów, skrótowej informacji, ludzi, którzy nie oczekują pogłębionej wiedzy. Pasja odkrywców padła na podatny grunt. Może takiego by nie było, gdyby ktoś na Mazurach powiedział, że pod ziemią jest arka Noego, ale kto wie?

olga.bierut@gmail.com

http://wyborcza.pl/duzyfo...ty-interes.html

jerzydom - 2016-08-30, 12:44

Van postawiłem piwo.
Wierzysz takiej gazecie i w dodatku Bierutowi :-D

Van Worden - 2016-08-30, 14:58

:-D
A tak całkiem serio to tekst bardzo dobry i dający do myślenia.

jerzydom - 2016-08-30, 20:46

Nic dodać, nic ująć.
"Armia baranów dowodzona przez lwa jest cenniejsza od armii lwów, dowodzonych przez barana."
(Napoleon Bonaparte, 1769-1821)

jerzydom - 2016-09-01, 20:38

Polki z pasją. Joanna Lamparska o złotym pociągu
- Tak naprawdę większość z nas marzy o odkryciu skarbu, a nie o tym, żeby zarobić i zostać milionerem. Samo gonienie króliczka daje dużo nadziei, radości. Życie bez tajemnicy jest nudne - mówi nam Joanna Lamparska, dziennikarka, podróżniczka, pisarka. Szuka ukrytych skarbów, jej ostatnia książka nosi tytuł „Złoty pociąg. Krótka historia szaleństwa”. Opowiada też o złotym pociągu i żmudnych poszukiwaniach, które mają niewiele wspólnego z filmami o przygodach Indiany Jonesa. Rozmawia Katarzyna Gruszczyńska.

Skąd w pani życiu wzięło się poszukiwanie skarbów?

Gdy byłam mała, symulowałam przeziębienie, żeby nie iść do szkoły. Jak tylko rodzice wychodzili z domu, grzebałam w szafie babci. Szukałam starych zdjęć, oglądałam pierścionki, czytałam listy. Duże wrażenie zrobiły wtedy na mnie listy od brata mojej babci, który mieszkał w Argentynie. Nie rozumiałam, dlaczego prosi ją, żeby nie pisała do niego, że to bardzo niebezpieczne. Trochę się bałam tej tajemnicy. Dopiero gdy dorosłam, dowiedziałam się, że był w Armii Krajowej. Myślę, że robiłam to, co każdy w tym wieku, goniłam za jakąś tajemnicą. W stertach dokumentów usiłowałam też sprawdzić, czy na pewno jestem dzieckiem swoich rodziców.

Pod koniec studiów zaczęłam pracować w dzienniku. Zostałam dziennikarką do poruczeń specjalnych, ponieważ kompletnie nie nadawałam się do pisania na przykład o polityce. Zawsze wysyłano mnie do tematów lekko szalonych. Do redakcji przed pełnią przychodzą specyficzni czytelnicy. Odsyłano ich do mnie. Raz odwiedził mnie pan, który wymyślił maść na oparzenia. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie to, że postanowił się podpalić i zademonstrować działanie tej substancji w moim pokoju. Innym razem pojawił się jogin, który przyciągał monety. Mój szef zastał go stojącego na głowie i oblepionego monetami. Ale, że szef był już przyzwyczajony do tych dziwactw, zapytał tylko, co by było, gdyby jogin wszedł do mennicy państwowej. Wtedy, z Waldkiem Chudziakiem, zaczęłam pisać pierwszą książkę o uzdrowicielach („Polscy uzdrowiciele leczą prawie wszystko – przyp. red.). Wsiąkłam w ten świat.

Od uzdrowicieli do poszukiwaczy skarbów dość daleka droga.

Naczelnemu w mojej redakcji wydawało się, że nie ma różnicy między uzdrowicielem a eksploratorem, obydwaj wydawali mu się wystarczająco dziwaczni. Kiedy na kolegium pojawił się pomysł, żeby napisać o poszukiwaczach skarbów, oczywiście wysłano mnie. I tak trafiłam do, nieżyjącego już dziś, Wojciecha Stojaka. Podobnie jak całe to środowisko bardzo barwnego, żeby nie powiedzieć ekstrawaganckiego człowieka. Przyjechał po mnie samochodem tak rozklekotanym, jakby pożyczył go z jakiejś serii typu „Mad Max po III wojnie światowej”. Miał na sobie kapcie. Wywiózł mnie za Wrocław do swojego domu. Wnętrze tego niedużego domku było pełne map, papierów, skoroszytów, starych gazet, niewypałów, słoików, w których były zwinięte banknoty. On każdą z tych rzeczy znalazł, wygrzebał z ziemi. Tak doszło do nierównej współpracy, ponieważ byłam totalnie początkująca, a Wojtek był już starym wyjadaczem.

Do redakcji przychodziły różne informacje, często sprawdzaliśmy je razem. To Wojtek zabierał mnie na pierwsze wyprawy poszukiwawcze. Do dziś pamiętam, jak pojechaliśmy kiedyś szukać tajemniczego bunkra w okolicach Kraskowa. Tam stoi piękny barokowy pałac. Wojtek założył wielkie, plastikowe okulary. Wyglądał jak członek Abby, który jedzie na tournee. Obok ja, jakaś taka za elegancka. Wojtek wymyślił, że będziemy udawać zakochaną parę, żeby nikt się nie domyślił, że mamy w okolicy „temat”. Zapytaliśmy ochroniarza z pałacu, jak dojechać w rejon miejsca, które nas interesowało. Spojrzał na nas i powiedział: pan poszukiwacz skarbów z panią z telewizji i wy nie wiecie, jak trafić do lasu? Zostaliśmy zdemaskowani. W tych czasach spotykaliśmy się z poszukiwaczami z całej Polski. Siedzieliśmy nocami i piliśmy hektolitry herbaty, którą parzyła żona Wojtka – Ula. Wtedy internet nie działał w szalony, szybki sposób, nie było łatwego dostępu do archiwów, informacji. Te rozmowy miały klimat jak z filmu „Piraci z Karaibów”. Rzadko coś znajdowaliśmy, ale to były najfajniejsze skarbowe czasy.

Czy w tym środowisku poszukiwaczy skarbów jest dużo kobiet?

To jest głównie męski sport, chociażby dlatego, że wymaga siły fizycznej i analitycznego myślenia, kobiety są jednak bardziej emocjonalne. Koledzy dużo czasu spędzają w trudnych warunkach, śpią w lesie, „pracują” przy deszczowej pogodzie. Każdemu się wydaje, że wszystko wygląda jak na filmie o przygodach Indiany Jonesa. Wchodzi się do jaskini, naciska rzeźbioną głowę i wszystko się otwiera, świeci się światło. Tak naprawdę jest żmudne zajęcie, analiza dokumentów, wyników pomiarów, potem sama eksploracja, kopanie. Moje najbliższe przyjaciółki to poszukiwaczki. Ela Szumska, właścicielka Kopalni Złota w Złotym Stoku bez przerwy eksploruje swoje podziemia. Uwielbiam z nią schodzić w niedostępne dla innych zakątki kopalni. W takiej sytuacji nie ma kobiet i mężczyzn, są podziemia i my, chociaż Ela współpracuje z głównie męską grupą.

A w historii o złotym pociągu są jakieś kobiety?

Jednym z rzeczników „odkrywców” jest kobieta, Christel Focken z Niemiec. To bardzo aktywna poszukiwaczka.

Mówiła pani, że obawia się gorączki złota w kontekście najbardziej poszukiwanego na świecie pociągu. Dlaczego?

Na Dolnym Śląsku wszyscy wyrośliśmy na skarbach, słuchamy o nich od dzieciństwa, czytamy stare notatki prasowe, fascynujemy się postacią Gunthera Grundmanna, historyka sztuki i konserwatora, którego zadaniem było zabezpieczanie dóbr kultury w czasie II wojny światowej. Opowieści o tym, że wiele z tych rzeczy – złoto, zabytki, dokumenty - nie zostało do dziś odkrytych, krążą przez cały czas. Tylko wciąż brakuje poważnych sukcesów. Największy skarb, tzw. Skarb Średzki, zwany Również Skarbem Tysiąclecia, odnaleziony w 1988 roku w Środzie Śląskiej na Dolnym Śląsku, objawił się światu przez czysty przypadek. Koparka trafiła na średniowieczne złoto podczas rozbiórki budynku. Co ciekawe, już wtedy ani organy porządkowe, ani władze, nie były w stanie zapanować nad gorączką złota, na którą zapadła cała okolica.

Kiedy w ubiegłym roku dwaj panowie z Wałbrzycha autorytatywnie stwierdzili, że wiedzą, gdzie jest złoty pociąg, cały świat oszalał w ciągu jednej doby! Wszyscy zaczęli gwałtowne poszukiwania, w przenośni – przypominając sobie na przykład powieści dziadka, sąsiada oraz dosłownie, przekopując bądź dopiero starając się o pozwolenia na poszukiwania, miejsc, które wydawały się "skarbowo obiecujące". W czasie apogeum gorączki złota Świebodzicach, 39-letni mężczyzna, który na miejskim cmentarzu, próbował ograbić mauzoleum, wpadł do środka i zginął. Było to pokłosie wielkich nadziei na odkrycie skarbu.
Tak naprawdę większość z nas marzy o odkryciu skarbu, a nie o tym, żeby zarobić i zostać milionerem. Samo gonienie króliczka daje dużo nadziei, radości. Nie umiem bez tego żyć. Życie bez tajemnicy jest nudne.

Na jaki najcenniejszy skarb trafiła pani?

Dla mnie skarbem są dokumenty. Wielkim odkryciem są sprawozdania dotyczące właśnie przeszukiwań zabytków przez służby bezpieczeństwa w latach 40. i 50. Dysponuję takimi dokumentami, mają one nieprawdopodobną wartość historyczną, być może też materialną. Zupełnie niechcący dowiedziałam się niedawno od właściciela pałacu w Pieszycach, że 15 lat temu podczas remontu ekipa budowlana znalazła zamurowane za ścianą obrazy. Marzy mi się, żeby pójść ich śladem. Znane jest nazwisko osoby, która się nimi „zaopiekowała”. Skarbem jest też dla mnie relacja austriackiej dziennikarki, która znalazła na śmietniku dokumenty dotyczące obrazu „mało znanego malarza Matejki” - jak pisał niemiecki oficer, który go wywiózł z Polski. Chcemy w tym roku pójść śladem historii tego zaginionego obrazu. Zobaczę, czy Matejko będzie chciał ze mną współpracować.

Wierzy pani w duchy?

Pisząc książki o Dolnym Śląsku co chwila potykam się o zjawiska nadprzyrodzone. Duchy, podobnie jak skarby, pojawiają się bez przerwy w opowieściach właścicieli obiektów zabytkowych, z którymi rozmawiam. Ani razu nie było sytuacji, żeby którykolwiek z nich zaprzeczał, że w jego zamku czy dworze mieszka ktoś, bądź coś, czego nie potrafi wytłumaczyć. W jednej z takich budowli nagle same odkręcają się wszystkie kurki z wodą, a kwiaty na stole zmieniają kształt. Nie da się tego racjonalnie wytłumaczyć, jeśli ktoś potrafi, to chętnie go wysłucham. Właściciel pałacu w Nakomiadach opowiadał mi niedawno, że goście hotelowi żalą się, że „ktoś ich dusi w nocy”. Oczywiście, wiele osób traktuje takie sprawy z przymrużeniem oka, ale co innego słuchać o nich od kogoś, a co innego doświadczać takich niewytłumaczalnych zjawisk.
Często nawiedzają duchy kobiet?

Sławomir Osiecki, właściciel zamku książęcego we Wleniu, pomieszkuje z Dorotheą Rohrbeck, dawną właścicielką tego majątku. 14 lutego 1921 roku ta szesnastoletnia, osierocona dziedziczka została zamordowana przez Petera Grupena, ojczyma jej kuzynki Urszuli. Dorothea bawiła się z młodszą od niej Urszulką, kiedy Grupen strzelił do obydwu dziewczynek z niewielkiej odległości. Zrobił to niemalże przy rodzinie ofiar, babcia Dorothei siedziała wtedy piętro wyżej. Co najdziwniejsze, cała rodzina broniła potem Grupena, a więzienny strażnik najzwyczajniej otworzył mu celę i pozwolił opuścić więzienie. Mówiono wtedy, że Grupen potrafi hipnotyzować ludzi, wokół niego zdarzały się dziwne rzeczy. Sławek Osiecki twierdzi, że czuje obecność Dorothei, czasami słyszy pukanie do drzwi. Kiedyś pukanie rozległo się nad ranem. Zdenerwował się, a gdy otworzył drzwi, okazało się, że w pobliżu wybuchł pożar. Uważa, że chciała go ostrzec.

Natomiast Radosław Leda, współwłaściciel pałacu w Jedlince, opowiadał, że kiedyś mieszkała tam pani Charlotta, która nie mogła mieć dzieci i podobno jej cień pojawia się w pałacowych komnatach. Straszy tam również pewien stolarz, który wygrał na loterii sporo pieniędzy i kupił ten pałac. Został zabity przez przypadek przez ojca jednej z pałacowych służących, niesłusznie oskarżonej o kradzież srebrnej łyżeczki.

Joanna Lamparska - dziennikarka, podróżniczka, pisarka. Szuka ukrytych skarbów i pisze o nich książki, autorka nietypowych przewodników po Dolnym Śląsku, książek o tajemnicach historii, jej ostatnia książka to „Złoty pociąg. Krótka historia szaleństwa”. Z wykształcenia jest filologiem klasycznym i archeologiem sądowym, bierze udział w akcjach eksploracyjnych. Od lat współpracuje również m.in. z "National Geographic", "Travellerem” i "Focusem".. Jest współautorką scenariusza i współprowadzącą cyklicznego programu "Kup Pan zamek” emitowanego na antenie Canal Plus Discovery. Od 2012 roku jest dyrektorem Dolnośląskiego Festiwalu Tajemnic w zamku Książ, który również wymyśliła.

http://kobieta.wp.pl/polk...32228036392065a

jerzydom - 2016-09-02, 19:44

W cieniu złotego pociągu. Turyści depczą w podziemnym mieście Hitlera po szczątkach zakatowanych więźniów

Dla nas "złotym pociągiem" byłyby odnalezione archiwalia obozowe - mówi Andrzej Gwiazda, zastępca dyrektora Muzeum Gross-Rosen. Może wreszcie udałoby się wyjaśnić, co się stało z tysiącami więźniów obozu koncentracyjnego, którzy weszli pod ziemię kopać tunele słynnego hitlerowskiego kompleksu Riese.
Andrzej Gwiazda z okna swojego mieszkania widzi to, co dzieje się w okolicach 65. kilometra trasy kolejowej z Wrocławia do Wałbrzycha, ale do wrzawy wokół "złotego pociągu" podchodzi z dystansem. Bo dla niego nieporównanie ważniejsze są ślady historii z oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów od Wrocławia Rogoźnicy.

Z żalem konstatuje, że gdy od roku media niemal w każdym zakątku globu epatują widzów i czytelników sensacyjnymi opowieściami o złocie nazistów, pociągach wypełnionych wunderwaffe i tajnych podziemiach miasta Hitlera, to świat zdaje się zapominać o kaźni tysięcy osób w tych miejscach.

Gęś to było panisko

Ofiary, które czekał kres w podziemnych tunelach na Dolnym Śląsku, gromadzono w Rogoźnicy (niem. Gross-Rosen), niewielkiej wsi koło Strzegomia. Do 1941 r. istniała tutaj filia obozu koncentracyjnego Sachsenhausen. Obóz osadzono na gruntach wydzierżawionych od rodziny Richthofenów, którą rozsławił "Czerwony Baron" - słynny as lotnictwa - Manfred von Richthofen.

1 maja 1941 r. filia przekształcona została w samodzielny, choć niewielki jeszcze, obóz koncentracyjny (KL Gross-Rosen). Więźniowie mieli pracować w miejscowych kamieniołomach. Wydobywano z nich "najlepszy śląski, jasnobarwny, czarno-biały granit o strukturze średnioziarnistej". Niewolnicza praca powodowała, że przedsięwzięcie było dla SS wyjątkowo rentowne.

- Gdy tu przyjechaliśmy, zobaczyliśmy stado gęsi - wspomina Roman Olszyna, więzień nr 2608. - Pomyśleliśmy, że będzie obiad. Ale jak poznaliśmy warunki i przywitanie, nawet piórka z tych gęsi nie podnieśliśmy. Gęś to było panisko w obozie. My byliśmy niewolnikami skazanymi na śmierć.

W 1944 r. hitlerowcy zbudowali w okolicy sieć podobozów przy zakładach przemysłu zbrojeniowego i różnych inwestycjach wojennych. Pracę więźniów wykorzystywało co najmniej 209 firm, a wśród nich znane do dzisiaj: Siemens, Blaupunkt, Krupp AG, Telefunken, Osram, Nobel czy Philips. W styczniu 1945 r. KL Gross-Rosen skupiał już niemal 11 proc. wszystkich więźniów z wszystkich niemieckich obozów. Posiadał 99 filii, głównie na terenie Dolnego Śląska. Przeszło przez niego w sumie 125 tys. osób. Ponad jedna czwarta z nich przybyła z innych obozów koncentracyjnych, najwięcej z Auschwitz i Płaszowa. Dużą grupę przyjęto w 1944 r. z istniejących 28 żydowskich obozów pracy "Organizacji Schmelt".

Najcięższy obóz

Obóz Gross-Rosen był jednym z najcięższych niemieckich obozów koncentracyjnych. Dlaczego? - Powody były cztery - wymienia Aleksandra Kobielec, pracownik działu naukowo-badawczego Muzeum Gross-Rosen. - Pierwszy to miejsce pracy, czyli kamieniołomy. Drugi - obóz był cały czas w fazie budowy. Gdy pierwsi więźniowie tutaj przyjechali, zastali dwa baraki. Resztę musieli zbudować sobie sami. Gdy wracali po pracy, wykonywali kolejne zajęcia. Z kamieniołomu nosili ze sobą materiał budowlany. Po trzecie - w obozie do połowy 1944 r. rządzili "zieloni", czyli więźniowie kryminalni, szczególnie brutalni. Czwarty powód można poznać, gdy odwiedzi się miejsce po KL Gross-Rosen. Tutaj prawie zawsze wieje wiatr i jest przenikliwie zimno. Nie trzeba wiele wyobraźni, by zrozumieć, jak ciężko było tutaj przeżyć ludziom, którzy dostawali minimalne racje żywieniowe i niewolniczo pracowali po kilkanaście godzin dziennie.

Jeden z więźniów wspominał, że przewidziany czas życia w tym obozie wynosił nie więcej niż pięć tygodni. Jeśli ktoś przeżył dłużej, był w ocenie załogi SS naprawdę dobrym więźniem. - Niemcy w rozmowach między sobą zakładali, że więzień, który przeżyje tu trzy-cztery tygodnie, to jest fenomenalny więzień - opowiada Marian Staroń, którzy przeżył Gross-Rosen.

- Gdy na początek dostaliśmy zupę z kapusty pociętej łopatą, w której było pełno robali, nie chcieliśmy tego jeść - opowiada jego druh niedoli Roman Konarzewski. - Powiedzieli nam, że zjemy jeszcze gorsze rzeczy.

- W obozie była jedna latryna i mieliśmy pół godziny w ciągu dnia, by z niej skorzystać. 2,5 tys. ludzi. To była tragedia. Kloaka służyła też do topienia więźniów - wspomina Roman Olszyna.

Warto dodać, że w obozie dokonywano też celowej eksterminacji więźniów, odbywały się regularne egzekucje. Pozostałych zabijały warunki. - Żyliśmy jak szczury, unikając śmierci - mówi jeden z więźniów. - Tak jak szczury, które znajdują się w labiryncie.

AL Riese - 13 obozów i szpital

W 1944 r. w związku z budową kolejnej kwatery Hitlera powstała filia obozu Gross-Rosen nazwana AL Riese. O tym, że Zamek Książ, także objęty obozem, był przebudowywany właśnie pod potrzeby wodza III Rzeszy, mówi jedna ze znanych hipotez. Miały tutaj powstawać specjalne podziemia dla Führera, z których nigdy jednak nie skorzystał.

Według innej hipotezy kompleks podziemny powstawał po to, by przenieść tu ośrodek doświadczalny po bombardowaniach wyspy Uznam, gdzie pracowano nad V1 i V2. Dziennikarz Igor Witkowski rozważał też możliwość badań nad nową generacją broni elektronicznej, tzw. dzwonem, emitującym wokół siebie pole magnetyczne o niespotykanej mocy, a także nad konstrukcją śmiercionośnych obiektów latających. Ale to wszystko są hipotezy, a obóz otacza tajemnica.

Wiadomo na pewno, że AL Riese, czyli Arbeitslager, nazywano sieć obozów pracy rozlokowanych w Eulengebirge (Góry Sowie) i Fürstenstein (Książ), a mających wspólną administrację i komendanturę. Mieściła się ona w obozie Wüstegiersdorf (Głuszyca). W skład AL Riese wchodziło 13 obozów i szpital obozowy.

Przeszło przez nie około 13 tys. więźniów. Wszyscy byli Żydami pochodzącymi z wielu państw Europy, w większości z Węgier i Polski. Według dokumentów zginęło ich tutaj około 5 tys. Nie można zapominać także o jeńcach i robotnikach przymusowych. W sumie szacuje się, że przez budowę Riese przewinęło się około 35 tys. jeńców wojennych, robotników przymusowych i więźniów obozu koncentracyjnego.

Prowadzenie prac przy Riese początkowo powierzono specjalnie utworzonej spółce akcyjnej pod nazwą Śląska Wspólnota Przemysłowa. Szybko okazało się, że tempo jest zbyt wolne. W pierwszej połowie kwietnia 1944 r. podziękowano więc spółce. Zadanie budowy kompleksu powierzono specjalnie utworzonemu zwierzchniemu kierownictwu budowlanemu Organizacji Todt - Oberbauleitung Riese.

9 kwietnia 1944 r. zdecydowano o zatrudnieniu na budowie więźniów obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Z relacji więźniów wiadomo, że ci, którzy wchodzili pod ziemię kuć tunele, najczęściej już tam zostawali.

Gdzie są ciała?

Wycieńczonych więźniów zwożono do Dörnhau (Kolce). Był tam obóz pracy i "szpital". - Chorzy leżą na pryczach nago - wspominał były więzień Abraham Kajzer. - Zabiera się im ubranie, nawet koszule. Otrzymują tylko pół porcji chleba i połowę zupy, gdyż nie są "produktywni".

Dzisiaj w tym miejscu jest cmentarz ofiar. Zachowały się księgi szpitalne, z których wiadomo, że pochowanych zostało około 2,2 tys. więźniów. Choć cmentarz wygląda na niewielki.

Kolce to jedyne zidentyfikowane miejsce chowania zmarłych. Wiadomo też, że zmarłych jeńców i robotników przymusowych chowano w Walimiu. Co z pozostałymi ofiarami? - Do 1945 r. ciała zwożono do obozu w Gross-Rosen i palono w obozowym krematorium - mówi Aleksandra Kobielec. - Ale tak naprawdę do końca nie wiemy, ile naprawdę osób zginęło. Te 5 tys. stwierdzono na podstawie dostępnej dokumentacji. Ale nie znamy do końca skali tego zjawiska.

- Dlatego tak ważne byłoby odzyskanie zaginionych dokumentów - mówi zastępca dyrektora Andrzej Gwiazda. - Wtedy mielibyśmy pewność.

W tej chwili można się jedynie domyślać, że śmiertelność w obozie mogła być większa, że być może zginęło więcej niż 5 tys. więźniów. Od razu rodzi to kolejne pytanie. Jeśli tak było, to co się stało z ich ciałami?

O tym, że na terenie nieodkrytych sztolni mogą się znajdować szczątki byłych więźniów, przekonuje niemiecka historyk Christel Focken, która ostatnio dokonała zgłoszeń czterech znalezisk na terenie Wałbrzycha. Focken jest też autorką książki o Riese. - Są dwie legendy - mówi. - Polska ludność mówiła w 1946 r., że czuje zapach rozkładających się ciał w okolicy. I druga, że Niemcy mieli wpuszczać do tuneli robotników i je wysadzać.

Jest przekonana, że w tych opowieściach kryje się prawda. - Jeśli chodzi o Gross-Rosen, nie zgadzają się liczby - mówi. - My mamy wiedzę, że ofiar było więcej. To jest właśnie problem, bo dane oficjalne opierają się na znalezionych dokumentach. A to nie są wszystkie dokumenty. Może być tak, że jeżeli otworzy się oficjalne sztolnie, to możemy znaleźć w nich właśnie ludzkie szczątki.

Polscy historycy są sceptyczni wobec jej wersji. Co prawda wiadomo, że został wydany przez szefa SS Heinricha Himmlera rozkaz, by mordować więźniów w sztolniach, jednak ostatecznie nie ma konkretnych dowodów, że tak się działo.

Z kolei inny badacz historii, Bartosz Rdułtowski, uważa, że opowieści o fetorze gnijących ciał wydobywających się z podziemi mogą mieć całkiem banalne wyjaśnienie. Do większości kompleksów prowadzą pionowe szyby, które były słabo zabezpieczone i wpadały w nie zwierzęta. - Jeżeli pani Focken mówi, że nie zgadzają się liczby oraz że ma wiedzę na ten temat, to oczekuję, że ujawni dokumenty, na których się opiera, i niezwłocznie udostępni je pionowi śledczemu Instytutu Pamięci Narodowej oraz Muzeum Gross-Rosen - mówi historyk Piotr Lewandowski. - Na razie nie ma żadnych przesłanek dla takich stwierdzeń.

Lewandowski jednak także uważa, że tematem AL Riese należy się zająć kompleksowo, razem z wieloma spraw wokół niego.

Bo tak naprawdę nadal nie wiemy prawie nic o tym, co działo się pod ziemią od 1944 r. Temat martyrologii w Gross-Rosen jest spychany na pobocze, a może omijany łukiem. - Być może dlatego, że obóz leżał na ówczesnych niemieckich terenach, a nie jak Auschwitz na okupowanych w Polsce. Ale przecież ginęli tutaj ludzie z całej Europy - podkreśla Andrzej Gwiazda z Muzeum Gross-Rosen.

Pracownicy muzeum, które powstało na miejscu kaźni, od lat 80. starają się zachować i odtworzyć to, co pokrywa czas. Jednym z projektów jest Kamienne Piekło. Dzięki niemu wykonano prace konserwatorsko-budowlane w 31 obiektach poobozowych, zrekonstruowano jeden barak więźniarski i jedną wieżę strażniczą oraz usunięto drzewa i krzewy samosiejki, odsłaniając zarośniętą już przez las część obozu, tzw. oświęcimską. Cały teren muzeum wraz z historycznym kamieniołomem granitu - 44 ha - jest objęty ochroną konserwatorską.

Riese poza muzeum

Jednak co ciekawe, ochrona ta nie dotyczy AL Riese. Odwiedzają je więc tłumnie turyści i traktują jako atrakcję, zwłaszcza w erze "złotego pociągu". Często nie wiedzą, że ginęli tutaj ludzie, że był tu hitlerowski obóz pracy. Dzierżawca Riese (pol. Włodarz) Krzysztof Szpakowski organizuje rekonstrukcje historyczne, a przebrani za esesmanów uczestnicy chodzą wśród turystów, z głośników leci hitlerowski marsz wojskowy. W tym roku także na Zamku Książ podczas takiej rekonstrukcji w cenie były zdjęcia z aktorami przebranymi za SS-manów. Na szczęście organizatorzy rozwiesili tabliczki, które przekazywały informację o celu przebieranki historycznej i wykorzystaniu symboli nazistowskich.

Chwalebnym przykładem jest natomiast gmina Głuszyca, która zarządza kompleksem Osówka - drugim co do wielkości odkrytym podziemnym kompleksem. Tutaj mówi się o martyrologii i pracy więźniów. W tunelach pokazuje się ich dramat. W jednej ze sztolni można zobaczyć wyeksponowane ślady więziennych butów odciśnięte w chodniku. Wiszą tablice, a przewodnicy tłumaczą zjawisko obozów pracy i tragedii więźniów.

- To jest miejsce zadumy. Tutaj powinno się stanąć i zastanowić - mówi Grzegorz Borensztajn, wnuk więźnia AL Riese. Jego dziadek trafił do obozu Gross-Rosen prosto z Auschwitz. Był Żydem. Koniec wojny zastał go w szpitalu w Kolcach w pobliżu Głuszycy. W tym czasie babka - Niemka - pracowała tutaj jako wolontariuszka. Pokochali się. I przeżyli.

Borensztajn jest obecnie jednym z przewodników po Osówce. Symbolicznie chodzi po śladach dziadka. - Ludzie patrzą na to miejsce sensacyjnie - skarby, tunele, tajemnice, fabryki. A ja widzę tragedię i pracę tysięcy uwięzionych ludzi - zaznacza. - Nie potrafię inaczej.

Dlatego postanowił utrwalić zapomniane filie podobozów. Tak by chociaż tabliczki przypominały o tragedii. Wcześniej takie tabliczki powieszono w Walimiu z inicjatywy jego kolegi, znanego odkrywcy Łukasza Kazka.
http://wroclaw.wyborcza.p...katowanych.html

jerzydom - 2016-09-06, 18:26

Złoty pociąg w Wałbrzychu. To jeszcze nie koniec!

To jeszcze nie koniec serialu pt. złoty pociąg w Wałbrzychu. Tzw. odkrywcy rzekomego złotego składu z czasów II wojny światowej nie składają broni i przygotowują się do przeprowadzenia dodatkowych odwiertów. - Na podstawie naszych doświadczeń potrafimy w tej chwili precyzyjnie określić miejsca odwiertów - twierdzą odkrywcy na czele których stoi Piotr Koper i Andreas Richter. - Nie składamy broni, bo nie widzimy do tego podstaw, przebadaliśmy 50 procent tego co zamierzaliśmy i potrzebna jest dogrywka innym sprzętem, na inną głębokość, i inną metodą.

Tą inną metodą mają być właśnie odwierty. Piotr Koper tłumaczy, że w tym momencie trwają spotkania z różnymi firmami proponującymi takie usługi. Uzgadniania jest metoda prowadzenia tych prac oraz oczywiście ich koszty. Na razie odkrywcy nie informują o ewentualnych terminach, bo nie są one na tym etapie uzgadniane. Wiadomo natomiast, że odwierty będą konieczne, dlatego że w wielu miejscach trafiono na litą skałę i dalsze kopanie przy użyciu koparek było niemożliwe.
Odkrywcy podejrzewają, że tunel został wykuty w litej skale, która znajduje się pod warstwa rozkopanej przez nich ziemi. Dlatego bez zrobienia w niej otworów, dotarcie inną metodą będzie niemożliwe.

Najbardziej obiecujący pozostaje zdaniem odkrywców przekop nr 1. Jego istnienie trzeba jednak potwierdzić wierceniem na większą głębokość przy użyciu specjalistycznego sprzętu. Oczywiście ta metoda nie będzie też wymagała takich nakładów i takiej armii ludzi jak to miało miejsce w przypadku sierpniowych działań przy użyciu ciężkiego sprzętu. Do końca września powinna się rozstrzygnąć data rozpoczęcia prac przy odwiertach. Wstępnie wiadomo, że będą one wykonywane na głębokość nawet 30 metrów, a zatem znacznie poniżej obecnego poziomu torów kolejowych Wrocław - Wałbrzych. Jeśli rzeczywiście (istnieją takie przekazy) tunel biegł od obecnej linii kolejowej w dół, w skale, te odwierty powinny potwierdzić jego istnienie.

http://www.gazetawroclaws...oniec,10596881/
http://xyz-spolkacywilna.pl/

Van Worden - 2016-09-06, 22:16

:573:
jerzydom - 2016-09-07, 20:23

"Jeśli czekać, aż wszyscy zmądrzeją, za długo to potrwa."
(Fiodor Dostojewski, 1821-1881)

jerzydom - 2016-09-23, 08:13

Złoty pociąg. 150 tysięcy złotych potrzeba na Drugi etap poszukiwań [Wideo] pod linkiem

"Odkrywcy" skarbu chcą ruszyć z pracami Do Końca Roku. Zanim jednak Beda Mogli by zrobić, muszą pokonać Sporo przeszkód.
- Szukamy sposobów, Metod, Ludzi, którzy nam pomogą i próbujemy ustalić RÓŻNE MIEJSCA wykonania wierceń. GEOLOGIA gleby pokazała nam Sporo niejasności. Czy wyboru Mamy Dwie Metody Prac: otworową i elektrooporową - wyjaśnia Piotr Koper, Który ponad rok Temu zgłosił włabrzyskim urzednikom wraz z Andreasem Richterem istnienie skarbu.

KIEDY Moga ruszyć prace?
Poszukiwacze tłumacza, ZE utrudnieniami SA także blikość czynnej Linii Kolejowej oraz Linii średniego napięcia. Dlatego, MIMO ZE Jak deklarują, chcieliby zacząć Drugi etap Prac zrobić Końca Roku, aby nie nie Maja pewności CZY SIĘ do Uda im.

Przeszkoda JEST także Jednostka Ilość Koszt robót, wstępnie szacowany na okolo 150 tysięcy złotych.

- To Jest prywatne przedsięwzięcie dwójki Ludzi. Ja Już nie mam na to wiecej pieniedzy. Musimy znaleźć partnerów - Tłumaczy Piotr Koper.

"Czasem w meczu Potrzebna JEST dogrywka"
Ekipa poszukiwaczy skarbu Nie zamierza jednak poddawać SIĘ.
- Chętni zrobić Współpracy SA. Ludzie rozumieją, že by bylo okropne Teraz się tak porzucić - dodaje Piotr Koper.

"Tak Samo Jak w meczu, Czasem Potrzebna JEST dogrywka, ABY ustalić wynik Wykonaliśmy 55% Tego co założyliśmy Resztę wykonamy Inna technika ja na inna głębokość.." - Mozna przeczytać na Facebooku spółki XYZ należącej zrobić "odkrywców".

Poszukiwacze Złotego Pociągu opublikowali Też w Sieci filmu pokazujący Jak wyglądał Pierwszy etap Prac. W trwające 10 dni przedsięwzięcie zaangażowane Były 64 OSOBY, A kolejne 35 współpracowało z TA ekipa.

http://wroclaw.eska.pl/ne...an-wideo/272497

andbro - 2016-09-23, 10:22

Maskirowki ciąg dalszy...........

polega to na:
ukrywaniu,
pozorowaniu,
działaniach demonstracyjnych,
dezinformacji
mamy tutaj wszystkie elementy.

jerzydom - 2016-09-25, 08:28

Pociąg jedzie dalej :-D

Złoty pociąg. To jeszcze nie koniec! Poszukiwacze wrócą na 65 kilometr [NOWE FAKTY]

Prowadzone w sierpniu przez Spółkę XYZ wykopaliska w okolicach 65 km linii kolejowej z Wrocławia do Wałbrzycha, nie przyniosły dowodów na ukrycie w tym miejscu przez Niemców „złotego pociągu” lub przynajmniej tunelu kolejowego. Właściciele spółki - Piotr Koper i Andreas Richter nie składają jednak broni. Zapowiedzieli, że jeszcze w 2016 r. zamierzają wykonać w miejscu poszukiwań głębokie odwierty.

Z nieoficjalnych informacji, które do nas docierają wynika, że niedawno w miejscu prowadzonych w sierpniu wykopalisk widziana była grupka mężczyzn towarzysząca radiestecie z różdżką. Podobno radiesteta miał stwierdzić, że na dość znacznej głębokości są ukryte ... dwa tunele. Według wskazań radiestety jeden ma przebiegać pod obecną linią kolejową nr 274 i dalej pod ul. Wrocławską do zamku Książ. Osoby traktujące sprawę „złotego pociągu” z przymrużeniem oka, z pewnością potraktują ustalenia dokonane przez radiestetę jak żart.
Nie brakuje jednak osób, które uważają, że zamek Książ musiał mieć połączenie kolejowe skoro przebudowywano go na jedną z reprezentacyjnych kwater Adolfa Hitlera. Dowody na to, że w Książu rzeczywiście powstawała rezydencja Hitlera istnieją. Z dokumentów tych można się nawet dowiedzieć, w której części zamku miał być gabinet, sypialnia, łazienka czy osobista winda führera.
Informacje o tunelu oraz rozjeździe Dotychczas nikt natomiast nie upublicznił dokumentów o tunelu kolejowym do zamku Książ, o ile w ogóle istnieją. Na możliwość takiego połączenia wskazują na razie jedynie poszlaki. Niedawno jednak skontaktował się z nami emerytowany wałbrzyski kolejarz, który przekazał ciekawą informację.
- Na przełomie lat 50. i 60. pracowałem przy wymianie podkładów kolejowych na odcinku pomiędzy Świebodzicami a obecną stacją Wałbrzych Szczawienko - mówi Kazimierz Bolek. - W okolicach 61 km linii kolejowej natrafiliśmy na kilka znacznie dłuższych drewnianych podkładów kolejowych, których część ułożona na poboczu była zalana betonem. Nie daliśmy rady usunąć tych podkładów w całości, Wyglądało to tak, jakby w tym miejscu istniał wcześniej rozjazd w kierunku Książa. Po pozostałościach rozjazdu nie ma obecnie śladu. Wpływ na to ma m.in. niedawna modernizacja linii nr 274. Tadeusz Słowikowski, który od ponad pół wieku bada sprawę „złotego pociągu” wyjaśnia, że relacja Kazimierza Bolka pokrywa się z relacjami innych świadków. - Dotyczą nie tylko rozjazdu kolejowego. Z nieżyjącym już redaktorem Zbigniewem Zalewskim dotarliśmy np. do kobiet, które jeszcze po wojnie chodziły po lód do istniejącego w tym miejscu tunelu - wyjaśnia Tadeusz Słowikowski.

http://www.gazetawroclaws...fakty,10662324/

jerzydom - 2016-10-13, 06:24
Temat postu: Złoty pociąg, czy kura znosząca złote jaja?
Tytuł nawiązuje do artykułu ze stycznia bieżącego roku. Szczerze mówiąc od pewnego czasu przestałem interesować się poczynaniami tzw. odkrywców, a właściwie „znalazców” złotego pociągu. Do napisania tego felietonu skłoniły mnie dwa zdarzenia.

Po pierwsze – będąc ostatnio w Cieplicach, tłumaczyłem właścicielowi pensjonatu zawiłości i celowość rozkopywania nasypu, zamiast, jak słusznie zauważył, przewiercenia go. Mówiąc krótko, mój rozmówca nie mógł zrozumieć po co panowie Piotr i Andreas rozkopali w trzech miejscach nasyp, wywożąc setki ton ziemi, którą musieli ponownie przywieźć. Dzieląc się z nim moimi spostrzeżeniami na ten temat, zobaczyłem w oczach mężczyzny łzy rozżalenia i złości, co nie omieszkał wyrazić niecenzuralnymi słowami. Po drugie – również w Cieplicach, chwilę po tej rozmowie zobaczyłem w sklepie trunek o złotej barwie i nazwie ” złoty pociąg”.

Dziś z Państwem chcę się podzielić moimi spostrzeżeniami. Oczywiście, nie jest moim celem, aby ktoś z Czytelników poczuł się jak wspomniany mój rozmówca. Po prostu czuję się zobowiązany do dokończenia tematu w świetle zaistniałych ostatnio zdarzeń. Ogólny pogląd na sprawę tzw. złotego pociągu w zasadzie nie zmienił się. Genialnie przeprowadzony interes z bardzo dobrym biznes -planem. Kto go stworzył, możemy się tylko domyślać. Złoto i skarby, zwłaszcza te nieodnalezione, działają na większość ludzi jak kocimiętka na kota, tzn. wyłącza racjonalne myślenie.

W wielkim skrócie
Jakieś 60 lat temu Tadeusz Słowikowski usłyszał, że grupa Niemców, zapewne SS-manów, miała zakopać pociąg z cenną zawartością niedaleko dworca Wałbrzych Szczawienko – tzw. 65 kilometr. Wiele lat spędził na badaniach tego miejsca, włącznie z legalną próbą rozkopania nasypu. W sierpniu 2015 roku (w czerwcu zmieniła się ustawa o tzw. znaleźnym) Piotr Koper i Andreas Richter, członkowie Dolnośląskiej Grupy Badawczej ogłosili, że znaleźli pancerny pociąg i zażądali znaleźnego za wskazanie miejsca. Po podpisaniu umowy o znaleźnym, okazało się, że jest to dokładnie to miejsce, które wskazał pan Słowikowski. Na dowód tego przedłożyli wydruk z georadaru, na którym ujrzeliśmy czołgi i inne pojazdy wojskowe. W jednym z wywiadów pan Piotr sugerował, że są to unikalne, eksperymentalne czołgi niemieckiej armii. Dzisiaj wiemy, że wydruki były spreparowane, co wielu specjalistów starało się udowodnić od początku, jednak ich głos był niczym wołanie na pustyni. Ekspert powołany przez „Gazetę Wyborczą” poformował, że mamy do czynienia z fotomontażem. – „To zdjęcie to fotomontaż, złożony z dwóch obrazów o innej rozdzielczości. Widać to gołym okiem, wystarczy je powiększyć i porównać piksele” – poinformował Wiesław Nawrocki z Zakładu Badań Nieniszczących w Krakowie .

Trzeciego września 2015 roku Stowarzyszenie Dolnośląska Grupa Badawcza wydała oświadczenie, że domniemani odkrywcy złotego pociągu zostali wykluczeni z jej szeregów.

„Stowarzyszenie oświadcza, że nie rości sobie żadnych praw do potencjalnego znaleziska. Informujemy, iż pierwszym inicjatorem zgłaszającym ten temat na zebraniach Stowarzyszenia był Tadeusz Słowikowski (członek Stowarzyszenia) – autor Projektu Badawczego w roku 2003. Z oburzeniem przyjmujemy przypisanie sobie wszelkich praw do potencjalnego znaleziska przez Piotra Kopra i Andreasa Richtera” – napisał w oświadczeniu Zarząd Stowarzyszenia Dolnośląska Grupa Badawcza.

Prawa do skarbu również rościł sobie Skarb Państwa, Światowy Kongres Żydów, rosyjscy prawnicy rządowi, Fundacja Czartoryskich i inni. Wiceminister kultury Piotr Żuchowski wyraził przekonanie, że „złoty pociąg istnieje na ponad 99 procent” , bo cóż znaczy kilku specjalistów w stosunku do miliardów w złocie, brylantów, a może i bursztynowej komnaty .

Nawet Discovery dało się nabrać
Oczyszczono teren, którego pilnowali przedstawiciele chyba wszystkich służb mundurowych. Został powołany sztab kryzysowy. Do pracy przystępują specjaliści z Akademii Górniczo –Hutniczej. Wynik badań: pociągu na pewno nie ma. Ale wynik kolejnego badania przeprowadzonego przez odkrywców występujących pod nazwą firmy „XYZ” jest zupełnie inny – w tunelu jest zasypany pociąg z okresu II wojny światowej. Mało tego, w filmie wyemitowanym przez kanał Discovery pan Piotr twierdzi, że są tam dwa pociągi. Na dowód tego odkrywcy chcieli zademonstrować na żywo obraz ze słynnego georadaru w terenie, ale przeszkadzało im pole elektromagnetyczne ze znajdującej się nad nimi linii wysokiego napięcia (o tych zakłóceniach pisałem w marcu). W związku z tym jeden z panów trzymał nad urządzeniem parasol pokryty folią aluminiową, co pozostawię bez komentarza. Jaki udało się uzyskać rezultat? Niestety żaden, nie było ani jednego pociągu, a co dopiero dwóch.

Władze Wałbrzycha wycofały się z dalszych badań. Firma XYZ postanowiła odkopać pociąg „widmo” na własną rękę, występując o stosowne zezwolenia. W międzyczasie znalazcy uruchamiają sprzedaż gadżetów w postaci zapalniczek i sztabek złota z faszystowskimi symbolami, a magistrat Wałbrzycha liczy zyski. Z szacunków wynika, że gdyby miasto chciało zapłacić za reklamę, którą zobaczył cały świat przy okazji „złotego pociągu”, musiałoby wydać około 500 mln zł.

Kto nie kopie, ten nie pije szampana
Odkrywcy przystąpili do prac ziemnych i w dalszym ciągu padają „dowody” na istnienie pociągu. Przekopano nasyp w trzech miejscach do poziomu torów biegnącej obok linii kolejowej. I co? Gdzie ten pociąg, który był widoczny na georadarze? Nie ma go, ale dowiadujemy się, że … będą wiercenia! To taka dogrywka jak w meczu piłkarskim. Po niej bywają rzuty karne. No dobrze, niech wiercą. Zrobili to w trochę innym miejscu i na innej głębokości – 30m. Warto zaznaczyć, że w przeszłości nasyp został już przewiercony w kilku miejscach. Może nie wszyscy wiedzą, ale na nasypie ustawione są słupy linii wysokiego napięcia. Słupy posiadają fundamenty, które wykonuje się na kilka sposobów: wiertnicami wierci się otwory, a następnie zalewa betonem, wbija się pale lub zakopuje jednoblokowe prefabrykaty. Niezależnie od metody, konieczna jest ingerencja w głąb gruntu od kilku do nawet 20 metrów. W tym momencie przyszło mi do głowy, że uskok w nasypie, gdzie miał wjeżdżać nasz pociąg, to nic innego jak droga na nasyp, która powstała podczas budowy linii WN lub wiaduktu.

Ale co tam, będą media, będzie ruch w interesie. Tu należy nadmienić, że drogą pana Piotra
i Andreasa ruszyło wielu innych tzw. znalazców. Do urzędów wpływają oficjalne pisma zgłoszeniowe o odkryciu wielu obiektów podziemnych. Krzysztof Szpakowski, zarządca kompleksu Riese zgłasza znalezienie kompleksu o powierzchni bodajże 200ha, ktoś zgłasza sztolnie pod Bolkowem, dwa miesiące temu przystąpiono do prac w poszukiwaniu zakopanej kolumny samochodów w Kamiennej Górze, wczesnym latem w Mamerkach na Mazurach ogłoszono odkrycie być może bursztynowej komnaty.

Skarbów, niestety, wciąż nie widzimy. Wszystkie prace poszukiwawcze zakończyły się fiaskiem. Ostatnio odżyła sprawa nie 65 kilometra, lecz 61 kilometra. Chodzi o linię kolejową odbijającą w tym miejscu do zamku Książ, oczywiście podziemną. Znaleziono nawet trochę śladów w postaci podkładów.

Ile to kosztuje?
W portalu Wyborcza.pl ukazał się artykuł red. Olgi Bierut pt. „Złoty pociąg czy złoty interes?”. Pozwolę sobie na kilka cytatów:

„(…)Turystów tu na potęgę. Na zamku drugie tyle co przed rokiem, zespół 12 przewodników rozrósł się do ponad 40, bo przyjezdni blokowali serwery z rezerwacjami wycieczek. W kasie zamku ze sprzedanych biletów wylądowało ponad 300 tys. zł. A ludzi po knajpkach, popijających chłodne piwko Złoty Pociąg – cena 39 zł za trójpak – jest jeszcze więcej (…)”

„(…) Koper i Richter swojego prawnika polecają jak menedżera. On ich – jak gwiazdy. Tłumaczy: im na pieniądzach nie zależy, ale niech dziennikarze wybaczą, panowie tyle wiedzy zgromadzili przez lata, że nie wypada brać jej za darmo. Tylko za półdarmo: tysiączek, dwa za rozmowę. Jeśli ktoś będzie chciał jakieś zdjęcie, dajmy na to, pracującej koparki, to zrobimy, za odpowiednią opłatą, że odkrywcy stoją, kopią (…)”

„(…) A teraz powróżmy z fusów, mówi prof. Marian Noga, ekonomista, były członek Rady Polityki Pieniężnej. Że wydany pieniądz robi pieniądz – to wiadomo. Mamy taki mnożnik, wynosi on 25. Jeśli odkrywcy mówią, że wydali 140 tys. zł, to znaczy, że na rynku wałbrzyskim dostaniemy z tego 3,5 mln złotego interesu (…)”

„(…)Menedżer aktorów nie chce zdradzić żadnych szczegółów, to tajemnica handlowa. Ale ci, którzy negocjowali, puszczają w obieg informacje: jedna z polskich telewizji zapłaciła za wywiad z Koprem i Richterem, którzy stawki negocjowali 17 dni, kilkanaście tysięcy złotych. Mało! Amerykanie za towarzyszenie w spacerach po ziemi nad złotym pociągiem mieli dać 100 tys. Dalej mało! Wideo zza rusztowania nagrywa ktoś z rodziny odkrywców. Za 500 euro można kupić ujęcia na plecy robotników, nogi sapera, rozjazdy i dojazdy na ziemię, pokazujące wszystko i nic, w stylu weselno-festynowym (…)”

Czy już wiecie po co rozkopuje się nasyp, zamiast go przewiercić?! Swoją drogą szkoda, że nie odnaleziono tego pociągu. Z drugiej strony w dalszym ciągu jest czego szukać. Legenda żyje nadal. Ja stawiam na Górę Sobiesz obok Piechowic.
Felieton Tomasza Potaczało
https://brzeg24.pl/felietony/72460-zloty-pociag-czy-kura-znoszaca-zlote-jaja/

jerzydom - 2016-10-19, 21:54

Nie tylko "złoty pociąg", ale też podziemna fabryka? Eksploratorzy zastosują nowe metody

Poszukiwacze "złotego pociągu" nie zwalniają tempa i nie chcą rezygnować z eksploracji 65. kilometra trasy kolejowej Wrocław-Wałbrzych, gdzie ich zdaniem ukryty jest pancerny skład z czasów II wojny światowej. Pierwsze poszukiwania nic nie dały. Teraz chcą zastosować nową metodę. Co więcej, spływają do nich kolejne relacje osób, które mówią nie tylko o ukrytym pod ziemią pociągu, ale też całej fabryce. Światowe media o "polowaniu na złoty pociąg nazistów". "Nadeszła godzina prawdy" "Polowanie na... czytaj dalej » - Zgłaszają się do nas kolejni świadkowie. Szum medialny wokół "złotego pociągu" sprawił, że dużo osób nam zaufało. Dzwonią do nas ludzie zza granicy, ci którzy tu mieszkali i wyemigrowali, ale również ich potomkowie. Mamy zgłoszenia z Czech, Słowacji i Niemiec - mówi Piotr Koper, eksplorator z Wałbrzycha, który w sierpniu ubiegłego roku wraz ze Andreasem Richterem zgłosił urzędnikom odnalezienie składu pancernego z czasów II wojny światowej. Co mówią świadkowie? Tego Koper zdradzić nie chce. Jednak w rozmowie z portalem walbrzych.dlawas.info powiedział: "są nowi świadkowie, którzy mówią o istnieniu dawnej poniemieckiej linii kolejowej, ale też o podziemnej fabryce i o ukrytym kompleksie przemysłowym. Wałbrzych to wielki schowek III Rzeszy".
"Działamy dalej aby wszystko wyjaśnić" Takie relacje napędzają eksploratorów do działania. Z szukania "złotego pociągu", zgodnie z zapowiedziami, nie rezygnują. - Przed nami następny etap badań. Jesteśmy coraz bliżej sfinalizowania sprawy, ale przed nami jeszcze negocjacje, podpisanie umów i uzyskanie zgód na przeprowadzenie prac - wyjaśnia Koper.
Poszukiwacze chcą zbadać grunt na 65. kilometrze trasy kolejowej Wrocław-Wałbrzych metodą krzyżową i wykorzystać do tego trzy sposoby: elektrooporową tomografię gruntu, badania mikrograwimetryczne i metodę gradientu pionowego. Jeśli dwie z zastosowanych metod potwierdzą istnienie anomalii dla eksploratorów to będzie znak, że pod spodem może znajdować się to czego szukają. - Działamy dalej żeby wszystko wyjaśnić. Trzeba dobrze sprawdzić. Metoda odkrywkowa okazała się za płytka, nie sprawdziła się. Mieliśmy duże nadzieje, że schodząc 6 metrów pod ziemię złapiemy tunel po górze, ale nie udało się. Teraz będziemy chcieli zejść na głębokość 20 metrów - opisuje poszukiwacz. W tym mają pomóc odwierty. Zdążą w tym roku? Kolejny etap prac wyceniono na 80 tys. złotych. Eksploratorzy zastanawiają się jak sfinansować swoje przedsięwzięcie. - Gdybyśmy mieli na koncie milion złotych, to nie zastanawialibyśmy się z kim i jak to robić. Jednak to w pełni prywatne przedsięwzięcie, musimy radzić sobie sami - przypomina Koper. O tym, ile do tej pory kosztowało eksploratorów szukanie "złotego pociągu" mówić jednak nie chce. Niewykluczone, że prace uda się przeprowadzić jeszcze w tym roku.
http://www.tvn24.pl/wrocl...ody,685239.html

jerzydom - 2016-10-25, 22:07

Już ledwo sapie, już ledwo zipie,
A jeszcze palacz węgiel w nią sypie.

ZŁOTY POCIĄG: Będą kolejne badania i odwierty, będzie też fundacja :-D

Będą kolejne badania, związane z poszukiwaniem złotego pociągu. Według odkrywców, skład został zasypany na 65. kilometrze trasy kolejowej Wrocław - Wałbrzych.
Poszukiwacze złotego pociągu nie składają broni. Według Piotra Kopra, jednego z nich - fiasko poszukiwań w sierpniu tego roku nie oznacza, że skład nie istnieje.

Jak mówią poszukiwacze, odwierty były za płytkie. W najbliższym czasie zostaną przeprowadzone kolejne badania georadarowe, wykonane trzema metodami, mówi Piotr Koper:
Jeśli aura pozwoli, kolejne odwierty, jednak dużo głębsze, zostaną wykonane jeszcze w tym roku.
Badania mają być przeprowadzone w ciągu kilku najbliższych dni. Jeśli dadzą pozytywne efekty, będą kolejne odwierty, jednak dużo głębsze.

http://www.radiowroclaw.p...ie-tez-fundacja



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group